czwartek, 4 stycznia 2018

Szampańskiej zabawy i do siego roku


W czytelni Książnicy Płockiej czeka na Państwa perfekcyjne wydawnictwo dla literatów i barmanów; intelektualny fikołek, który zgrabnie łączy twórczość z trunkami: Literacki almanach alkoholowy Aleksandra Przybylskiego.
Autor przedstawia w nim ze swoistą nonszalancją i znawstwem (mam nadzieję, że przede wszystkim literatury) najróżniejsze trunki, którymi raczą się autorzy i bohaterowie literaccy. Oczywiście zachowuje prawo do subiektywnego wyboru.
Alkohole posegregowano na grupy: piwa, wina …i wynalazki, wódki, koktajle, niepijane, nieistniejące i nierozpoznane, remedia, gry i zabawy. Każda poprzedzona cytatem. Z kolei trunek ma udokumentowane pochodzenie, stosowny fragment literacki , no i najmniej atrakcyjne, acz mocno wychowawcze skutki uboczne.
Weźmy piwo. 
Pilsner i Hrabal.
Literatura Hrabala jest dosłownie zanurzona w piwie. "Złota ciecz wypływa z każdego zdania, tryska z kartek i ochlapuje czytającego pozostawiając na jego ubraniu, oczach, włosach i ustach ciężki zapach alkoholu, którego nie można pozbyć się długo po lekturze", pisze autor.
Później następuje stosowny fragment Postrzyżyn i przestroga przed nadużyciem „Wypiwszy o jeden kufel za dużo można mieć pewne kłopoty dnia następnego”.
Oto moje ulubione przykłady kilku z nich.
Miody – polska specjalność. Sienkiewicz uczynił go najzacniejszym z trunków W każdym razie Jan Onufry Zagłoba przedkładał go ponad inne, gdyż „pod wpływem miodu krew Żydowina się warzy, chamska na dół opada, a jedynie szlachecka wznosi się i rozum odżywia". To stosowny fragment Potopu.
To tylko przykłady. Znajdujemy też Wokulskiego z ulubionym koniakiem, Jerzyka z powieści Pod mocnym aniołem, mezcal, który przyczynił się do upadku bohatera Pod wulkanem Malcolma Lowry’ego.
Nie zabrakło Jerofiejewa, Dostojewskiego, Bułhakowa i Cervantesa. Są też mniej znani reprezentanci sztuki literackiej. Aż się w głowie roi. A po lekturze almanachu chce się czytać. Co więcej, chce się pić…
Książka opatrzona jest indeksem cytowanych autorów i bohaterów fikcyjnych, a także bogatym materiałem graficznym (portretami, slajdami filmowymi, starymi etykietami.)
W sam raz na karnawał.


Milena

Aleksander Przybylski: Literacki almanach alkoholowy, Gdańsk 2016

środa, 3 stycznia 2018


Mazury jak Dziki Zachód
Mariusz Czubaj to jeden z niekwestionowanych mistrzów polskiego kryminału, a R.I.P to kawał dobrze wykonanej roboty.  Autor odrobił lekcję z kinematografii, więc jego bohater, niczym Clint Eastwood w słynnej „dolarowej” trylogii Sergio Leone, jeździ miedzy Szczytnem a Starymi Kiejkutami, chcąc zaprowadzić  ład i porządek.
Nazywa się Marek Hłasko i jest byłym policjantem, a obecnie prywatnym detektywem, specjalizującym się w poszukiwaniu osób zaginionych. Tym razem na zlecenie znanej prokurator  Hyżej poszukuje jej siostrzenicy Magdy Wolskiej, a przy okazji odkrywa przeszłość swojego ojca. Przeszłość, o której stary Hłasko nigdy synom nie mówił, a został po niej kawałek blaszki z wykłutymi tytułowymi literami.
W ogóle onomastyka jest wielką zaletą książki, widać, że autor nie sięgnął po przypadkowy zbiór nazw. Książka pokazuje, jak można bawić się choćby nazwiskami, osiągając przy tym komiczny efekt. Detektyw nazywa się Marek Hłasko i, chcąc zachować w tajemnicy prawdziwy cel swego pobytu na Mazurach, udaje pisarza, prokurator jest równie „hyża w gonieniu przestępców, co w rozkładaniu nóg”,  a właściciel tubylczego baru Endżel nazywa się Jacek Daniel. Lokalny mafioso to Henryk Koenig, czyli, jakby nie patrząc, król.
Powieść tylko pozornie ma zawiłą intrygę.  Dwa, a nawet trzy wątki splatają się ze sobą, ale niespecjalnie utrudnia to lekturę.  Ma być prosto jak we wspomnianym spaghetti westernie, na miarę polskiej prowincji.
Powieść jest w narracji pierwszoosobowej, główny bohater jest cyniczny,  zdystansowany,  zdarzają mu się bardzo różne przygody, z których stara się wyjść obronną ręką.  „Rozumiałem ją. Wiem, czym jest czekanie na wiadomość. Na wieści dobre czy złe. I gdy te nie nadchodzą, kiedy telefon milczy, pozostaje chodzenie po ścianach. Po wielu latach oduczyłem się dawania ludziom nadziei. Od tego jest ksiądz. Albo psycholog. Więc milczę, aż znajdę zaginionego. Żywego albo martwego. W zdrowiu lub w stanie zlewnym.” Tak, prokurator Hyża bardzo chciała znaleźć swoją siostrzenicę.
R.I.P. ma odpowiednią dawkę masakry, stosowną ilość czarnego humoru, groteski i odlotu w postaci domorosłej komuny.
Przyznaję, że nie znam pierwszej części cyklu. Zakładam, że jest równie dobra, a rola detektywa większa. W tej trochę brakuje klasycznego w powieści sensacyjnej katharsis, kiedy winni zostają napiętnowani i wykluczeni. Tutaj zło walczy ze złem. Cóż, każdy ma taki los, na jaki zasłużył…

Milena

Mariusz Czubaj, R.I.P, Warszawa 2016