wtorek, 20 marca 2018

Terapia odzyskiwania wspomnień



„Grzech zaniechania” to najnowsza powieść z cyklu z Agatą Górską i Sławkiem Tomczykiem w roli głównej. Nie znam wcześniejszych, ale w niczym nie przeszkadza to w lekturze ostatniej, interesującej pozycji, która pozwala zajrzeć do świata psychoterapeutów i zgubnych czasem skutków ich terapii.
Tak, proszę Państwa, nieodżałowany Zygmunt Freud czai się na kartach tej książki, gotów pociągnąć czytelnika na skraj wypartych wspomnień z dzieciństwa, które mogą popchnąć do działań niekoniecznie zgodnych z prawem.
„Pracownica ośrodka terapeutycznego znajduje leżące na posadzce, zakrwawione zwłoki swojej szefowej - psychiatry Antoniny Brzozowskiej” - tyle zacytuję z okładki. 
W powieści urzekła mnie niekonwencjonalna intryga, bogate tło obyczajowe i, zapewne, solidny risercz. Autorka niewątpliwie wie, o czym pisze, a więc musiała odrobić lekcje z psychoanalizy i bogatej oferty ośrodków terapeutycznych dla młodzieży i dorosłych z przedrostkiem psycho-, których liczba rośnie jak grzyby po deszczu.
W powieści jest dysfunkcyjna rodzina, jakich wiele, przezroczyste dzieci, których nie zauważają rodzice, zajęci swoimi problemami i znakomity policyjny duet.
Starsza aspirant Agata Górska i komisarz Sławek Tomczyk. Widać, że są sobą zafascynowani, Agata w obecnym tomie zostaje poddana próbie, gdyż ginie jej były partner, a śledztwo jest prowadzone wielowątkowo, z czym radzi sobie bez trudu autorka.
Książka wzbudza emocje, a o to niełatwo. Kryminał w zasadzie jest lekturą jednorazowego użytku. Przeczytać, zająć myśli, zapomnieć. Tylko nieliczne pozostają gdzieś w głębi duszy na dłużej. Czasem z uwagi  na bohaterów (dlatego bardziej zapamiętujemy detektywów), czasem intrygę. Ta książka należy do tej drugiej grupy, z uwagi na doskonale przedstawiony pejzaż społeczny. Polska absolutnie najnowsza, z podkreśleniem problemów rodziny i rynku usług psychoterapeutycznych.
Ja dopiero odkryłam Małgorzatę Rogalę. Trochę późno, gdyż, jak się okazało, wszystkie jej powieści są na bieżąco wypożyczane przez czytelników. Nie sposób przejść wobec „Grzechu zaniechania” bez chwili refleksji. Jeśli świat jest taki wyrachowany, to wiara w tzw. wartości legnie w gruzach.

Milena

Małgorzata Rogala, Grzech zaniechania, Poznań 2018

czwartek, 1 marca 2018

Topienie Marzanny


„Na świętego Grzegorza (12 marca) idzie zima do morza.
Grzeje więcej, lody płaczą, rzeki warczą, brzegi znaczą.”
Kiedy za oknem mróz i odechciewa się wszystkiego, warto przypomnieć sobie rytuały, które od dawna porządkowały rzeczywistość i pozwalały ludziom odnaleźć się w, często nieprzyjaznym, świecie.
Doskonale opowiada o nich Barbara Ogrodowska w książce „Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne”.  Autorka uporządkowała obyczaje w sposób chronologiczny, zgodny z porami roku i świętami liturgicznymi. Książka jest bogato ilustrowana, zarówno zdjęciami i reprodukcjami archiwalnymi, jak i fotografiami współczesnymi, na przykład procesji w Niedzielę Palmową na Kurpiach.  Docenić należy pracę grafika, który ten obszerny materiał atrakcyjnie przedstawił. Ciekawostki i przysłowia są dodatkowo uwypuklone na marginesach.
Mnie, nietrudno odgadnąć dlaczego, najbardziej interesowało nadejście wiosny.  Autorka podkreśla, że w czasie Wielkiego Postu, niezależnie od wszystkich praktyk kościelnych, odbywały się także, praktykowane przez stulecia, odwieczne obrzędy ludowe przywoływania wiosny.
Najczęściej był to obrzęd niszczenia (topienia lub palenia) kukły – postaci kobiecej zwanej Marzanną, Moreną, Marzoniokiem (na Śląsku), Śmiercią, Śmiercichą (w Wielkopolsce), Śmierzcią, Śmierztką (na Podhalu).
Słomiana kobieca postać, najczęściej wystrojona w świąteczne ubranie symbolizowała zimę, wszelkie zło, choroby i utrapienia dręczące ludność w trudnym okresie zimowym.  Wrzucenie do wody (zgładzenie, utopienie, ewentualne spalenie) oznaczało nie tylko zniszczenie zimy, ale także symboliczne przywoływanie korzystnej zmiany pór roku.
Obecnie zabawy zwane Marzanną, spopularyzowane przez media odbywają się w całej Polsce. Najczęściej uczestniczą w nich dzieci. Urządza się je w pierwszy dzień wiosny kalendarzowej, czyli 21 marca, według różnych pomysłów i dowolnie przyjętych zasad.
Milowe daty w wiosennym kalendarzu, zaznaczone w ludowych przysłowiach, to 4 marca („Na świętego Kazimierza wyjdzie skowronek spod perza”), wspomniany na wstępie dzień św. Grzegorza (12 marca) i w końcu święto Zwiastowania Najświętszej Marii Panny (26 marca).
Właśnie święto maryjne, ustanowione w V wieku, było prawdziwym początkiem wiosny. „W tradycji i polskich ludowych wierzeniach religijnych, Matka Boska, której anioł z nieba zwiastował macierzyństwo i pod sercem której zatętniło nowe życie, czczona była jako patronka i kreatorka wszelkiego, budzącego się na wiosnę życia” – pisze autorka.
Tego się trzymajmy, drodzy Czytelnicy, i odliczajmy dni do 26 marca. Albo wznośmy modlitwy do św. Grzegorza…
Tę naprawdę interesującą książkę można znaleźć w czytelni Książnicy Płockiej.

Milena

Barbara Ogrodowska, Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne, Warszawa 2004

poniedziałek, 5 lutego 2018

Kryminał seksem podszyty



Jeśli ktoś lubi wysmakowaną, subtelną literaturę kryminalną Marka Krajewskiego, Wojciecha Chmielarza, Borysa Akunina czy Jo Nesbø niech lepiej nie sięga po „Prokuratora” Pauliny Świst, bo będzie zawiedziony.
To książka okrzyknięta bestsellerem trochę na wyrost. Całość jest – na tle młodej polskiej literatury kryminalnej - powiedziałabym,  przaśna  i nie wnosi nic nowego.
Dialogi są drewniane, a zapowiedzi na okładce: ostry seks, ostry język, ostra jazda są jak najbardziej na miejscu, ale do powieści obyczajowej bądź literatury spod znaku Greya i nie dziwi mnie to, że autorka, adwokat z Wrocławia, kryje się pod pseudonimem.
Teraz przepraszam Czytelników za krótkie streszczenie intrygi, a zarazem próbkę języka powieści. Facet przespał się z laską, która okazała się adwokatem broniącym w jego pokazowym procesie. W dodatku wyszło na jaw, że jest samcem alfa, wysokim, z kwadratową szczęką i kobietą wstrząsały co chwila dreszcze. Do tego jeszcze prokuratorem.
Przestępca zaś jest przyrodnim bratem kobiety, itd. Wątek erotyczny przeplata się z kryminalnym, narracja zmienia się i prowadzona jest raz z perspektywy prokuratora, raz adwokatki.
Powieść ma dwa niezłe punkty
  •      Osoby: na przykład policjant Wyrwa – profesjonalnie i oszczędnie poprowadzona postać (w kolejnej części wróci jako tytułowy „Komisarz”) i sama Kinga Błońska, główna bohaterka, rozgadana na co dzień, w zawodowych sprawach bezwzględna i skoncentrowana.
  •       Żargon prawniczo-policyjny, odrzuciwszy wszystkie wulgaryzmy z genitaliami we wszelkich odmianach:-)

Poza tym nie wiadomo kto jest dobrym, kto złym gliną, wszyscy są umoczeni, a macki mafii sięgają poza więzienie. Świat, jak wszędzie. Powieść mimo wszystkich wad wciąga, doświadczenie procentuje, bo autorka pisarzem dobrym nie jest, ale jest przecież prawnikiem. I to sprawia, że skoro zaczęliśmy, to jednak jesteśmy ciekawi zakończenia. 

Milena

Paulina Świst, Prokurator, Warszawa 2017

wtorek, 23 stycznia 2018

Obsesja


Zmysłowy tytuł. Pachnący. Ale to nie jest książka o perfumach Calvina Kleina. To lepki aromat zaburzeń psychicznych, niedomytych pacjentów oddziału psychiatrycznego Szpitala Wschodniego w Warszawie i palonego, za cichym przyzwoleniem lekarzy, tytoniu.
Zastanawiam się, czy Katarzyna Berenika Miszczuk (ur.1988) pisze, kiedy nie leczy ludzi, czy na odwrót. Ma imponujący dorobek, jak na tak młodą autorkę, absolwentkę medycyny. Pierwszą powieść Wilk napisała jako piętnastolatka, dziś jest praktykującym lekarzem i ma na koncie dwanaście książek.
Obsesja to thriller medyczny, otwierający nowy cykl. Dotąd autorka specjalizowała się w powieściach fantasy. 
Ludzie spoza branży lubią zaglądać w środowisko lekarskie, czego dowodem jest choćby popularność seriali medycznych. Książka Miszczuk daje taką możliwość z pierwszej ręki. Pacjentów w niej prawie nie ma. No chyba, że przypadkiem nawiną się pod skalpel mordercy. Za to pokoje lekarskie, upiorne szatnie, windy, piwniczne korytarze są opisywane chętnie, perfekcyjnie i nie jest to bynajmniej przestrzeń oswojona. Lekarze nie chodzą po tych zaułkach, raczej bezszelestnie przemykają w swoich crocsach.
Z klaustrofobicznym szpitalem ma kontrastować mieszkanie głównej bohaterki: kawalerka na warszawskiej, a jakże, Pradze, która swoją godność ma i z wyższością patrzy na zawiślaków. W kawalerce panuje upiorny bałagan i rządzi kot Kołtun, pers ze skrzywioną przegrodą nosową. Portretowanie zwierząt wychodzi autorce równie dobrze jak portretowanie ludzi.
Jest też przystojny chirurg (wolny!), obiekt pożądania wszystkich kobiet w szpitalu, podstarzały psychiatra w papuzich ciuchach, jego rozgadana koleżanka i medyk sądowy, który zdecydowanie woli obcować z trupami, bo te przynajmniej nie pyskują i nie zwymiotują na lekarza.
I oczywiście średni personel, w którym też nie brakuje niejednoznacznych postaci.
W tym perfekcyjnym świecie wraz z przybyciem na psychiatrię młodej lekarki coś zaczyna się chwiać. Atmosfera gęstnieje, pierwszoosobowa narracja jeszcze bardziej nasyca tę powieść lękami kobiety, możemy śledzić, co dzieje się w jej głowie. Obawy, czy wszystkie dziwne rzeczy wokół nie są jej własną obsesją. Ale w końcu nie może pisać do siebie tych głupich listów
Twoje piersi. Idealne.
Twój Wielbiciel.

Milena

Katarzyna Berenika Miszczuk, Obsesja, Warszawa 2017

czwartek, 4 stycznia 2018

Szampańskiej zabawy i do siego roku


W czytelni Książnicy Płockiej czeka na Państwa perfekcyjne wydawnictwo dla literatów i barmanów; intelektualny fikołek, który zgrabnie łączy twórczość z trunkami: Literacki almanach alkoholowy Aleksandra Przybylskiego.
Autor przedstawia w nim ze swoistą nonszalancją i znawstwem (mam nadzieję, że przede wszystkim literatury) najróżniejsze trunki, którymi raczą się autorzy i bohaterowie literaccy. Oczywiście zachowuje prawo do subiektywnego wyboru.
Alkohole posegregowano na grupy: piwa, wina …i wynalazki, wódki, koktajle, niepijane, nieistniejące i nierozpoznane, remedia, gry i zabawy. Każda poprzedzona cytatem. Z kolei trunek ma udokumentowane pochodzenie, stosowny fragment literacki , no i najmniej atrakcyjne, acz mocno wychowawcze skutki uboczne.
Weźmy piwo. 
Pilsner i Hrabal.
Literatura Hrabala jest dosłownie zanurzona w piwie. "Złota ciecz wypływa z każdego zdania, tryska z kartek i ochlapuje czytającego pozostawiając na jego ubraniu, oczach, włosach i ustach ciężki zapach alkoholu, którego nie można pozbyć się długo po lekturze", pisze autor.
Później następuje stosowny fragment Postrzyżyn i przestroga przed nadużyciem „Wypiwszy o jeden kufel za dużo można mieć pewne kłopoty dnia następnego”.
Oto moje ulubione przykłady kilku z nich.
Miody – polska specjalność. Sienkiewicz uczynił go najzacniejszym z trunków W każdym razie Jan Onufry Zagłoba przedkładał go ponad inne, gdyż „pod wpływem miodu krew Żydowina się warzy, chamska na dół opada, a jedynie szlachecka wznosi się i rozum odżywia". To stosowny fragment Potopu.
To tylko przykłady. Znajdujemy też Wokulskiego z ulubionym koniakiem, Jerzyka z powieści Pod mocnym aniołem, mezcal, który przyczynił się do upadku bohatera Pod wulkanem Malcolma Lowry’ego.
Nie zabrakło Jerofiejewa, Dostojewskiego, Bułhakowa i Cervantesa. Są też mniej znani reprezentanci sztuki literackiej. Aż się w głowie roi. A po lekturze almanachu chce się czytać. Co więcej, chce się pić…
Książka opatrzona jest indeksem cytowanych autorów i bohaterów fikcyjnych, a także bogatym materiałem graficznym (portretami, slajdami filmowymi, starymi etykietami.)
W sam raz na karnawał.


Milena

Aleksander Przybylski: Literacki almanach alkoholowy, Gdańsk 2016

środa, 3 stycznia 2018

Mazury jak Dziki Zachód



Mariusz Czubaj to jeden z niekwestionowanych mistrzów polskiego kryminału, a R.I.P to kawał dobrze wykonanej roboty.  Autor odrobił lekcję z kinematografii, więc jego bohater, niczym Clint Eastwood w słynnej „dolarowej” trylogii Sergio Leone, jeździ miedzy Szczytnem a Starymi Kiejkutami, chcąc zaprowadzić  ład i porządek.
Nazywa się Marek Hłasko i jest byłym policjantem, a obecnie prywatnym detektywem, specjalizującym się w poszukiwaniu osób zaginionych. Tym razem na zlecenie znanej prokurator  Hyżej poszukuje jej siostrzenicy Magdy Wolskiej, a przy okazji odkrywa przeszłość swojego ojca. Przeszłość, o której stary Hłasko nigdy synom nie mówił, a został po niej kawałek blaszki z wykłutymi tytułowymi literami.
W ogóle onomastyka jest wielką zaletą książki, widać, że autor nie sięgnął po przypadkowy zbiór nazw. Książka pokazuje, jak można bawić się choćby nazwiskami, osiągając przy tym komiczny efekt. Detektyw nazywa się Marek Hłasko i, chcąc zachować w tajemnicy prawdziwy cel swego pobytu na Mazurach, udaje pisarza, prokurator jest równie „hyża w gonieniu przestępców, co w rozkładaniu nóg”,  a właściciel tubylczego baru Endżel nazywa się Jacek Daniel. Lokalny mafioso to Henryk Koenig, czyli, jakby nie patrząc, król.
Powieść tylko pozornie ma zawiłą intrygę.  Dwa, a nawet trzy wątki splatają się ze sobą, ale niespecjalnie utrudnia to lekturę.  Ma być prosto jak we wspomnianym spaghetti westernie, na miarę polskiej prowincji.
Powieść jest w narracji pierwszoosobowej, główny bohater jest cyniczny,  zdystansowany,  zdarzają mu się bardzo różne przygody, z których stara się wyjść obronną ręką.  „Rozumiałem ją. Wiem, czym jest czekanie na wiadomość. Na wieści dobre czy złe. I gdy te nie nadchodzą, kiedy telefon milczy, pozostaje chodzenie po ścianach. Po wielu latach oduczyłem się dawania ludziom nadziei. Od tego jest ksiądz. Albo psycholog. Więc milczę, aż znajdę zaginionego. Żywego albo martwego. W zdrowiu lub w stanie zlewnym.” Tak, prokurator Hyża bardzo chciała znaleźć swoją siostrzenicę.
R.I.P. ma odpowiednią dawkę masakry, stosowną ilość czarnego humoru, groteski i odlotu w postaci domorosłej komuny.
Przyznaję, że nie znam pierwszej części cyklu. Zakładam, że jest równie dobra, a rola detektywa większa. W tej trochę brakuje klasycznego w powieści sensacyjnej katharsis, kiedy winni zostają napiętnowani i wykluczeni. Tutaj zło walczy ze złem. Cóż, każdy ma taki los, na jaki zasłużył…

Milena

Mariusz Czubaj, R.I.P, Warszawa 2016