czwartek, 30 maja 2019

Inżynier dusz


Nie ma takiej zbrodni, która nie mogłaby narodzić się w głowie człowieka. Dobitnie przekonuje się o tym czytelnik po lekturze kryminału Boska proporcja nowego polskiego autora Piotra Borlika. Choć wydawałoby się, że wszystko zostało już powiedziane na rynku makabry, to zły bohater powieści zaskakuje swoją kreatywnością i okrucieństwem. W zamkniętej dla zwiedzających części parku Oliwskiego zostaje znaleziona martwa kobieta. - Szukał zwłok na ziemi, podczas gdy miał przed sobą prawdziwe dzieło sztuki. Inaczej nie mógł tego nazwać. Ciało przytwierdzone do pnia [palmy] wyglądało, jakby wyrastało prosto z niego. Wrażenie potęgował fakt, że w całości pokryte było zielonymi roślinami - człowiek, który odkrył pierwszego trupa z trudem ukrywa fascynację. Dodajmy, że zielone roślinki to była czterolistna koniczyna, a liny, którymi spętano ciało sporządzono z ludzkich jelit. Ofiarami psychopaty padają nieprzypadkowo wybrane kobiety, zamordowane w równie wyrafinowany sposób.    
Bohaterowie pierwszoplanowi to komisarz gdańskiej policji Agata Stec, której alkohol, kac i pobudka w obcym łóżku nie są obce. Agata za jedynego przyjaciela uważa starszego brata – znanego psychologa Artura Kamińskiego, którego potajemnie wciąga w kulisy śledztwa, licząc na jego doświadczenie w pracy z psychopatycznymi jednostkami.
Właściciel firmy budowlanej, z którym Agata ma romans i zboczeniec, który dopiero co zakończył odsiadkę dopełniają obraz.
Kamiński jest miłośnikiem dobrych alkoholi i smakoszem. Odnoszę wrażenie, że lubi zarządzać ludzkim umysłem. Sprawdza, jak daleko może się posunąć, aby zmanipulować pacjenta, nie oszczędzając własnej siostry. Czytelnik może być świadkiem tej drogi.
Powieść świetnie się czyta, nie ma w niej ani jednego zbędnego akapitu. To bardzo udany debiut.

Milena

Boska proporcja jest pierwszą częścią trylogii, której kolejne tomy Materiał ludzki i Białe kłamstwa ukażą się w 2019 roku. 

poniedziałek, 27 maja 2019

Ocalić od zapomnienia


Książka Wojciecha Manna to piękne świadectwo więzi łączącej ojca z synem. Jest to także próba ocalenia od zapomnienia jednego z niezwykłych polskich artystów.
Kazimierz Mann (1910-1975) był malarzem i grafikiem. Urodził się we Lwowie, tam studiował architekturę, później naukę kontynuował w Wiedniu. W 1936 roku został kierownikiem atelier grafiki Polskiej Agencji Telegraficznej PAT. Najważniejsza przedwojenna praca Kazimierza Manna to polichromia w schronisku na Gubałówce. Artysta zajmował się malarstwem ściennym i sztalugowym, mozaiką, grafiką użytkową i warsztatową, plakatem oraz oprawą plastyczną wystaw. Najsłynniejsza jego praca to projekt panneau, za który w 1939 roku otrzymał złoty medal na Światowej Wystawie w Nowym Jorku.
Wojciech Mann, autor książki jest znanym dziennikarzem radiowym i telewizyjnym, od lat związanym z Programem 3 Polskiego Radia. Wybitny znawca muzyki rockowej w Trójce, obecnie prowadzi poranne piątkowe wydanie „Zapraszamy do Trójki”, także ”Manniaka po ciemku” oraz niedzielne „Piosenki bez granic”. W latach 70. zadebiutował w TVP, gdzie zrealizował wiele znanych i lubianych programów m.in. „Szansę na sukces”. Autor książek m. in. „Fotografomania: obrazki autobiograficzne”, „Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą”, „Kroniki wariata z kraju i ze świata”, tłumacz oraz autor piosenek.
Książka zawiera wiele ciekawych anegdot z dzieciństwa autora, jest próbą nakreślenia słowem portretu Kazimierza Manna. Bohater wspomnień był dobrym ojcem, prowadzał swojego syna Wojtka do teatru kukiełkowego, ogrodu zoologicznego, cyrku – wówczas były to jedne z niewielu atrakcji dla dzieci. Z tych wypraw z synem artysta czerpał inspirację dla swoich prac. Na przekór siermiężnej, peerelowskiej rzeczywistości dzieła Kazimierza Manna są barwne i pełne optymizmu. Książka została starannie wydana przed wydawnictwo Znak, zawiera kilkadziesiąt reprodukcji prac artysty przeplatanych wspomnieniami syna. Uzupełnieniem reprodukcji są rodzinne zdjęcia Mannów. Ciekawym dodatkiem jest esej krytyka sztuki Anny Arno „Kazimierz Mann – niepodległość wyobraźni”. Tekst Arno stanowi fachową analizę twórczości plastycznej bohatera książki.
„Kazimierz Mann. Artysta” to wzruszająca i zabawna opowieść nie tylko o niezwykłym człowieku, jego talencie i poruszających wyobraźnię dziełach, ale także o sile pamięci i rodzinnych więzi.

Barbara

Wojciech Mann, Kazimierz Mann. Artysta. Kraków 2018

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Policjantka na kozetce



Komisarz Liza Langer i młody profiler Orest Rembert to nowy duet w polskiej literaturze kryminalnej. On, stawiający pierwsze kroki na polu operacyjnym, ona, kobieta po przejściach najpierw są wobec siebie nieufni, potem rodzi się między nimi coś w rodzaju fascynacji. Nie pierwsza to taka para i zapewne nie ostatnia. Razem mają stawić czoło seryjnemu mordercy, który okrutnie okalecza swoje ofiary.
„Ślepiec” jest bardziej psychologicznym thrillerem, niż powieścią sensacyjną. Ma w sobie coś z klimatu „Milczenia owiec”. Pełna niedopowiedzeń powieść, z wyrazistym czarnym charakterem. Ale po kolei. Najpierw policjantka. Zaledwie rok po nagłej śmierci narzeczonego, męczona ciągłym poczuciem straty, rzuca się w wir pracy i nie ustąpi, póki nie złapie psychopatycznego mordercy… Sama chodzi do terapeuty, a teraz ma pracować z profilerem, który przy pierwszym spotkaniu przejrzał ją na wskroś. W ogóle opis sesji z pomocną wizualizacją „deszczowego psa” to jeden z lepszych fragmentów w książce „W głowie kołatała się jej dawno zasłyszana myśl. Skup się na każdym oddechu, bo ulatuje bezpowrotnie. Skoro ulatywał bezpowrotnie, to nie miał również żadnego znaczenia.” Tej myśli, zasłyszanej od swojego psychologa, komisarz Langer chwyta się w każdym trudnym momencie.
Tytułowy Ślepiec to ten zły. Niekonwencjonalny. Kolekcjoner ludzkich oczu. Oczy, jak wiadomo, są zwierciadłem duszy. Ślepiec nosi okulary, ludzie nie widzą, jak gapi się na latające w powietrzu drobinki pyłu, fascynuje refleksami światła, lustrami, szybami i tak dalej. Nie lubi kamer i ich żabiej perspektywy, uwielbia patrzeć w oczy podczas stosunków seksualnych. Starczy? Starczy.
Kolejnym bohaterem powieści jest Gdańsk. Poprzednie kryminały Czornyja działy się w Lublinie, teraz jesteśmy na Wybrzeżu. Może daleko mu do Gdańska Stefana Chwina, ale niektóre opisy miasta niewątpliwie  wykraczają poza obrazki z przewodnika.
 Jest w powieści dużo alkoholu i kawy, komisarz Langer przejawia podobne upodobanie do calvadosu, jak bohaterowie „Łuku triumfalnego”. Cała powieść, ze spiętrzoną intrygą ma swój klimat, podkreślony dynamiczną narrację i naturalistycznym językiem. Raczej męski klimat, dodajmy. Opis przerwy na siusianie w podróży to mała pisarska etiuda. Kobieta nie potrzebowałaby na to aż tylu słów.
Max Czornyj, młody, dobrze wykształcony adwokat (rocznik 1989), ma już na swoim koncie trzy powieści. Czy będzie nowym Remigiuszem Mrozem? Jeśli ktoś zaczyna swoją przygodę z Maxem Czornyjem, to proponowałabym sięgnąć najpierw po lubelską trylogię z komisarzem Deryłą. („Grzech”, „Ofiara”, „Pokuta”). Koniecznie w takiej kolejności, bo zabawy nie będzie.

Milena

Max Czornyj, Ślepiec, Poznań 2019

środa, 13 lutego 2019

Szanujmy wspomnienia



Na naszych oczach dzieje się coś niezwykłego. Płocczanie spotykają się, aby porozmawiać o najprostszych sprawach. Dzieciństwie, młodości, pierwszych fascynacjach szkolnych, bułkach, jakie kupowali w sklepie u Pelasi (w miejscu obecnego Klubu Rock ‘69). W ogóle dusza dziecka i dojrzewającego człowieka jest jak gąbka, chłonie wrażenia i osadza je w pamięci już na zawsze.  Grupa młodych mieszkańców naszego miasta (z zespołu muzycznego SANTIAGO przy parafii św. Jakuba i nie tylko) zapragnęła sięgnąć po zasoby wspomnień swoich babć i dziadków i innych zacnych seniorów. „W swojej pracy  (jestem lekarzem) często rozmawiam ze starszymi ludźmi. W rozmowach tych niejednokrotnie przebija się poczucie osamotnienia, bycia niepotrzebnym w pędzącym do przodu świecie”, pisze koordynatorka projektu Ewa Magierska.
Bohaterowie najnowszego wydawnictwa Książnicy Płockiej urodzili się zwykle w latach 20., 30., 40. ubiegłego wieku. Z tej racji mogą dzielić się swoim życiowym doświadczeniem i mądrością, a Płock na naszych oczach powraca do minionych lat.  Każda z 22 osób ma swoją opowieść. Choć często mówią o rzeczach znanych z przewodników, na przykład o płockich szkołach to jednak każdy inaczej zapamiętał swoją Małachowiankę, i swoją Wisłę. Inaczej wygląda rzeka u poetki Wandy Gołębiewskiej, a inaczej u filmowca Tadeusza Bystrama.
Często pojawia się wspomnienie wybrukowanych płockich ulic. Raz tak: „Gdy miałem szesnaście lat, jako młody kleryk byłem operowany z powodu zapalenia wyrostka robaczkowego. W seminarium nasz rocznik miał taki zwyczaj, że klęczeliśmy na posadzce, nie w ławkach. Dlatego miałem poorane kolana. Przed narkozą pielęgniarka pyta: <Panie doktorze, to brukarz?>, <Nie, kleryk>”. (Ks. infułat Wojciech Góralski ur. 1939)
Innym razem tak: „Ulica Zduńska była wyłożona kamieniami. Miałam może cztery lata, kiedy układano te kamienie. Pamiętam potężną panią brukarkę, ubraną w gruby strój, która w towarzystwie dwóch panów na kolanach układała ulicę. Ich pracę kontrolował ówczesny pracownik rady miasta – <prezydium> – to się wówczas nazywało – pan Kazimierz Staszewski.” ( Maria Chyła, płocczanka, ur. 1950)
Książka pełna jest rodzinnych anegdot i scenek rodzajowych. Padają nazwiska legendarnych płockich nauczycieli, między innymi fizyka z Małachowianki prof. Karaskiewicza zwanego „Karasiem”, czy kapłanów. Wiele osób mówi o druhu Tadeuszu Milke i zespole „Dzieci Płocka”. Harcerstwo było szkołą życia i przepustką do wielkiego świata.  W oprawie graficznej, oprócz archiwalnych zdjęć, znalazły się współczesne prace pięciorga młodych płocczan, wśród nich dwóch studentek sztuk pięknych Oli Galewicz i Uli Grzelki. Muzeum Mazowieckie udostępniło fragmenty swoich archiwaliów, prezentowanych jako „Pejzaż pamięci”.
Książkę można kupić w Książnicy Płockiej przy ul. Kościuszki 6.

Milena

Płock wspomnieniami malowany. Rozmowy wnuków z dziadkami, red. Ewa Magierska, Płock 2019

czwartek, 3 stycznia 2019

Trzy mądre małpy



W zasadzie to nie wiem dlaczego nie pisaliśmy dotąd o serii kryminałów pod psem Marty Matyszczak. Niedawno ukazał się czwarty tom „Zło czai się na szczycie”, a na koniec stycznia zapowiadany jest kolejny. Książka znalazła się w rankingach najbardziej poczytnych pozycji 2018 roku. Wszystkie części łączą bohaterowie: trochę nieudany prywatny detektyw Szymon Solański, jego trójnogi kundelek Gucio i przyjaciółka Róża Kwiatkowska, co chwila ładująca się w nowe kłopoty.
Tercet to zaiste niezwykły w polskiej literaturze kryminalnej. Do tego intryga w znacznej części opowiedziana jest z perspektywy psiego nosa, co oznacza, że zwierzak jest narratorem przedstawianych przygód.
„Zło czai się na szczycie” dzieje się w nieistniejących (tak zapewnia autorka) Zdrojowicach na Żywiecczyźnie. Nasycona jest atmosferą rodem z horroru, już w pierwszej scenie z betonu wystaje stopa w dobrej jakości bucie. Aż dziw bierze skąd na polskiej prowincji tyle grozy? Otóż, proszę państwa, z ludzi. Z ludzi wieje grozą. Małomiasteczkowość i jakaś wewnętrzna duchota bije wprost z kart książki. Najbardziej odczuwa to pies, który w tej części jest najsmutniejszy.
Waleczna trójka staje wobec podwójnego morderstwa aptekarzy, panów Wątróbków? Wątrób? Wątrobów? – spekuluje w swoim psim rozumku Gucio. Jedno morderstwo dzieje się podczas wesela, więc pan młody zleca Solańskiemu odnalezienie zabójcy. Niestety trudno jest przebić się przez barierę milczenia miasteczka. Święta trójca biznesmen ksiądz wójt wypada w powieści widowiskowo.  Policjant nie pozostaje w tyle. Oczywiście nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, nikt nic nie mówi. Jak trzy mądre małpy zasłaniające oczy, usta i uszy w odległej od buddyzmu interpretacji. W takiej sytuacji trudno jest prowadzić śledztwo. Jedyni sprawiedliwi to wspomniani Solański, Kwiatkowska i jeszcze ich nowi partnerzy. Gucio też stara się jak może, ratując tym razem dosłownie swojemu panu życie. 
Dodatkowo Solański mierzy się ze swoją przeszłością gdyż parę lat wcześniej podczas wypadku w Zdrojowicach spłonęła jego ciężarna żona.
Mimo to powieść iskrzy slapstickowym humorem, bohaterzy ciągle na coś wpadają, spadają, Gucio pozostawia za sobą chmary porozwalanych chipsów. Jednym słowem kupa śmiechu i wesela w mrocznej, ogarniętej upiorną zmową gminie. Mieszanka wybuchowa! Koniecznie!

Milena

Marta Matyszczak, Zło czai się na szczycie, Wrocław 2018    

poniedziałek, 26 listopada 2018

Kabała i czerwone nitki


Morderstwa ludzi pozornie niezwiązanych ze sobą łączy jedno - kawałek czerwonej nitki znaleziony przy denacie. Medyk sądowy Marek Zadrożny jest przekonany, że popada w paranoję, gdyż nikt poza nim nie widzi w tym żadnego związku. Jego zaś, przystojnego mężczyznę ze skalpelem w ręku, czerwone nitki zaczynają prześladować. Autorka poczytnych powieści Katarzyna Berenika Miszczuk jest z wykształcenia lekarką, sporo więc w jej najnowszej książce Paranoja szczegółów medycznych. 
Nie oszczędza czytelnikom opisów sekcyjnych, łącznie z krótkim wykładem, jak powstrzymać torsje.
Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że powieść jest bardziej thrillerem medycznym niż kryminałem, zgodnie z opisem okładkowym. Osobiście wolałabym, żeby było odwrotnie. 
Nie mniej jednak książkę dobrze się czyta. Sylwetki bohaterów są lepsze niż fabuła. Powraca znana z poprzedniej powieści lekarz w trakcie specjalizacji z psychiatrii Joanna Skoczek, lecząca traumę po wypadkach opisanych w Obsesji. Marek Zadrożny, donżuan, łamacz damskich serc tym razem odegra główną rolę w intrydze powieści. W załączeniu zostaje wyposażony w prawdziwy atrybut męskości – motocykl, do tego stosowny przyodziewek, który dosłownie i metaforycznie ratuje mu tyłek podczas wypadku. Jest prawdziwym herosem. Czy w tym tomie się ustatkuje? A co z jego przyjacielem policjantem Sebastianem Polem?
W galerii postaci wyróżnia się ekscentryczna prokurator Natalia Świetlik, kobieta pełna energii, na początku nie dowierzająca Zadrożnemu, później w pełni zaangażowana w śledztwo i posterunkowy Piotr, bohater epizodyczny, który odegra ważną rolę w identyfikacji miejsca zbrodni.
Najlepiej wypada jednak główny protagonista, postać złego potrząsa wszystkimi sznurkami, manipuluje, podsuwa fałszywe tropy, aż do wielkiego finału. Perfekcyjnie skonstruowana, prawdziwy paranoik, a jednocześnie symbol współczesnego świata i patologicznych więzi międzyludzkich.
Przy okazji otrzymujemy wykład o Kabale i funkcji magicznej czerwonych nitek właśnie. Tajników Kabały nie będziemy zgłębiać, natomiast wielu z nas może pamiętać jak przy dziecięcym wózku babcie zawiązywały czerwone kokardki „od uroków”. W słowiańskiej magii też rządziły demony.  
Klimat powieści jest mroczny, chociaż akcja nie dzieje się nocą, a nawet w reflektorach telewizyjnego studia bądź zimnym świetle Zakładu Medycyny Sądowej przy ul. Oczki.  Zwiedzamy opuszczone budynki Pragi Północ. Gdzieś tam błąkają się złe duchy, gdzieś tam jest Cmentarz Bródnowski. Miłośnikom medyczno-sądowych klimatów zdecydowanie polecam. 

Milena

Katarzyna Berenika Miszczuk, Paranoja, Warszawa 2018

poniedziałek, 1 października 2018

Zbrodnia z Płockiem w tle


Mecenas Zuza Lewandowska, niepiękna, już nienastoletnia, o ekstrawaganckim sposobie bycia to najbardziej udana składowa kryminału Jacka Ostrowskiego „Paragraf 148”. Ze stricte kobiecych zachowań prezentuje jedynie upartą walkę z owłosieniem na nogach. No dobrze, miała też romans… A poza tym pali, pije, klnie jak szewc i w męskim świecie czuje się jak ryba w wodzie. Nawet przyjaciół szuka wśród wędkarzy. Mieszka w towarzystwie gadającej papugi ary (prezent od wdzięcznego klienta), w rodzinnym mieszkaniu z dokwaterowanymi lokatorami. „Patologia po prostu!” Po zacnym, prawniczym rodzie Lewandowskich zostały Zuzie dwa pokoje i wspólna łazienka. Wśród jej rozlicznych lektur jest na przykład Łuk Triumfalny, gdzie znajdziemy między innymi takie słowa: „Ale kimkolwiek się jest, poetą, półbogiem, czy idiotą, spada się co parę godzin z nieba, żeby oddać mocz.” W sam raz pasuje do autoironicznego dystansu, jaki wobec siebie i świata utrzymuje Zuza. Jeszcze wspomnieć należy o kompleksie wobec ojca prawnika. Lewandowska wciąż czeka na swoją sprawę, która będzie jej przepustką do świata wielkiej palestry. Na razie broni małych złodziejaszków, rozwodników, w każdym razie sama drobnica.

Tymczasem w Płocku lat 70. popełnione zostaje podwójne morderstwo. W ręce Zuzy wpada, zdaje się, wymarzona wielka sprawa.  Morderstwo to początek czarnej serii, względnie uporządkowany świat Zuzy zostaje wzburzony. We współpracy z prokuratorem Leszkiem Jarzębowskim prowadzą nieformalne dochodzenie, gdyż Milicja Obywatelska zainteresowana jest wyłącznie formalnym zamknięciem śledztwa.  Intryga jest bardzo interesująca, powieść się świetnie czyta. Czytelnik bez przerwy zadaje sobie pytanie: co dalej?  Dzieje się zatem to, o co przede wszystkim w gatunku chodzi. Nowe makabryczne morderstwa, tropy z przeszłości, rozkawałkowane ciała. Wielbiciel poczynań Zuzy otrzymuje zakończenie, które jest tyleż samo prawdopodobne, co niemożliwe. Intryga jakby trochę  uciekła, ale w niczym nie ujmuje to zalet pani mecenas.
Ostrowski otwiera świat zbrodni i świat prawniczy, zamknięty zwykle dla przeciętnych ludzi. Umożliwia zatem podglądanie ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jeden czytelnik może czuć się zażenowany, inny podekscytowany, jeszcze innego po prostu ucieszy dobra rozrywka.
Język powieści jest odważny, papuga klnie jak marynarz, do tego wyzywa władze ludową, Zuza Lewandowska też nie przebiera w słowach. Narrator jest dość dyskretny, urok powieści bardziej zawarty jest w dialogach i PRL-owskim klimacie. Żywność na kartki, książki spod lady i kolportowane po cichu wydawnictwa Sołżenicyna
Płocczanie odnajdą tu swoisty genius loci, pożeglują z Zuzą po knajpach, kinach, których już nie ma. Odwiedzą katedrę. Osobiście znam jednego, który po lekturze powieści wybrał się na poszukiwane Słonecznej 17.
Czy będzie to Płock taki, jak Wrocław u Krajewskiego, czy Poznań u Ćwirleja? Tego na razie nie wiemy. Jeśli ma to być seria z papugą i płocki kryminał miejski to wątki lokalne raczej powinny się rozwinąć.  A idei, żeby faktyczną Świerczewskiego z lat 70. nazwać obecną Słoneczną nie rozumiem. Tak sobie marudzę jako tutejsza, czytelnikom z całego kraju jest na pewno wszystko jedno. 


Milena

Jacek Ostrowski, Paragraf 148, Warszawa 2018