poniedziałek, 5 lutego 2018

Kryminał seksem podszyty



Jeśli ktoś lubi wysmakowaną, subtelną literaturę kryminalną Marka Krajewskiego, Wojciecha Chmielarza, Borysa Akunina czy Jo Nesbø niech lepiej nie sięga po „Prokuratora” Pauliny Świst, bo będzie zawiedziony.
To książka okrzyknięta bestsellerem trochę na wyrost. Całość jest – na tle młodej polskiej literatury kryminalnej - powiedziałabym,  przaśna  i nie wnosi nic nowego.
Dialogi są drewniane, a zapowiedzi na okładce: ostry seks, ostry język, ostra jazda są jak najbardziej na miejscu, ale do powieści obyczajowej bądź literatury spod znaku Greya i nie dziwi mnie to, że autorka, adwokat z Wrocławia, kryje się pod pseudonimem.
Teraz przepraszam Czytelników za krótkie streszczenie intrygi, a zarazem próbkę języka powieści. Facet przespał się z laską, która okazała się adwokatem broniącym w jego pokazowym procesie. W dodatku wyszło na jaw, że jest samcem alfa, wysokim, z kwadratową szczęką i kobietą wstrząsały co chwila dreszcze. Do tego jeszcze prokuratorem.
Przestępca zaś jest przyrodnim bratem kobiety, itd. Wątek erotyczny przeplata się z kryminalnym, narracja zmienia się i prowadzona jest raz z perspektywy prokuratora, raz adwokatki.
Powieść ma dwa niezłe punkty
  •      Osoby: na przykład policjant Wyrwa – profesjonalnie i oszczędnie poprowadzona postać (w kolejnej części wróci jako tytułowy „Komisarz”) i sama Kinga Błońska, główna bohaterka, rozgadana na co dzień, w zawodowych sprawach bezwzględna i skoncentrowana.
  •       Żargon prawniczo-policyjny, odrzuciwszy wszystkie wulgaryzmy z genitaliami we wszelkich odmianach:-)

Poza tym nie wiadomo kto jest dobrym, kto złym gliną, wszyscy są umoczeni, a macki mafii sięgają poza więzienie. Świat, jak wszędzie. Powieść mimo wszystkich wad wciąga, doświadczenie procentuje, bo autorka pisarzem dobrym nie jest, ale jest przecież prawnikiem. I to sprawia, że skoro zaczęliśmy, to jednak jesteśmy ciekawi zakończenia. 

Milena

Paulina Świst, Prokurator, Warszawa 2017

wtorek, 23 stycznia 2018

Obsesja


Zmysłowy tytuł. Pachnący. Ale to nie jest książka o perfumach Calvina Kleina. To lepki aromat zaburzeń psychicznych, niedomytych pacjentów oddziału psychiatrycznego Szpitala Wschodniego w Warszawie i palonego, za cichym przyzwoleniem lekarzy, tytoniu.
Zastanawiam się, czy Katarzyna Berenika Miszczuk (ur.1988) pisze, kiedy nie leczy ludzi, czy na odwrót. Ma imponujący dorobek, jak na tak młodą autorkę, absolwentkę medycyny. Pierwszą powieść Wilk napisała jako piętnastolatka, dziś jest praktykującym lekarzem i ma na koncie dwanaście książek.
Obsesja to thriller medyczny, otwierający nowy cykl. Dotąd autorka specjalizowała się w powieściach fantasy. 
Ludzie spoza branży lubią zaglądać w środowisko lekarskie, czego dowodem jest choćby popularność seriali medycznych. Książka Miszczuk daje taką możliwość z pierwszej ręki. Pacjentów w niej prawie nie ma. No chyba, że przypadkiem nawiną się pod skalpel mordercy. Za to pokoje lekarskie, upiorne szatnie, windy, piwniczne korytarze są opisywane chętnie, perfekcyjnie i nie jest to bynajmniej przestrzeń oswojona. Lekarze nie chodzą po tych zaułkach, raczej bezszelestnie przemykają w swoich crocsach.
Z klaustrofobicznym szpitalem ma kontrastować mieszkanie głównej bohaterki: kawalerka na warszawskiej, a jakże, Pradze, która swoją godność ma i z wyższością patrzy na zawiślaków. W kawalerce panuje upiorny bałagan i rządzi kot Kołtun, pers ze skrzywioną przegrodą nosową. Portretowanie zwierząt wychodzi autorce równie dobrze jak portretowanie ludzi.
Jest też przystojny chirurg (wolny!), obiekt pożądania wszystkich kobiet w szpitalu, podstarzały psychiatra w papuzich ciuchach, jego rozgadana koleżanka i medyk sądowy, który zdecydowanie woli obcować z trupami, bo te przynajmniej nie pyskują i nie zwymiotują na lekarza.
I oczywiście średni personel, w którym też nie brakuje niejednoznacznych postaci.
W tym perfekcyjnym świecie wraz z przybyciem na psychiatrię młodej lekarki coś zaczyna się chwiać. Atmosfera gęstnieje, pierwszoosobowa narracja jeszcze bardziej nasyca tę powieść lękami kobiety, możemy śledzić, co dzieje się w jej głowie. Obawy, czy wszystkie dziwne rzeczy wokół nie są jej własną obsesją. Ale w końcu nie może pisać do siebie tych głupich listów
Twoje piersi. Idealne.
Twój Wielbiciel.

Milena

Katarzyna Berenika Miszczuk, Obsesja, Warszawa 2017

czwartek, 4 stycznia 2018

Szampańskiej zabawy i do siego roku


W czytelni Książnicy Płockiej czeka na Państwa perfekcyjne wydawnictwo dla literatów i barmanów; intelektualny fikołek, który zgrabnie łączy twórczość z trunkami: Literacki almanach alkoholowy Aleksandra Przybylskiego.
Autor przedstawia w nim ze swoistą nonszalancją i znawstwem (mam nadzieję, że przede wszystkim literatury) najróżniejsze trunki, którymi raczą się autorzy i bohaterowie literaccy. Oczywiście zachowuje prawo do subiektywnego wyboru.
Alkohole posegregowano na grupy: piwa, wina …i wynalazki, wódki, koktajle, niepijane, nieistniejące i nierozpoznane, remedia, gry i zabawy. Każda poprzedzona cytatem. Z kolei trunek ma udokumentowane pochodzenie, stosowny fragment literacki , no i najmniej atrakcyjne, acz mocno wychowawcze skutki uboczne.
Weźmy piwo. 
Pilsner i Hrabal.
Literatura Hrabala jest dosłownie zanurzona w piwie. "Złota ciecz wypływa z każdego zdania, tryska z kartek i ochlapuje czytającego pozostawiając na jego ubraniu, oczach, włosach i ustach ciężki zapach alkoholu, którego nie można pozbyć się długo po lekturze", pisze autor.
Później następuje stosowny fragment Postrzyżyn i przestroga przed nadużyciem „Wypiwszy o jeden kufel za dużo można mieć pewne kłopoty dnia następnego”.
Oto moje ulubione przykłady kilku z nich.
Miody – polska specjalność. Sienkiewicz uczynił go najzacniejszym z trunków W każdym razie Jan Onufry Zagłoba przedkładał go ponad inne, gdyż „pod wpływem miodu krew Żydowina się warzy, chamska na dół opada, a jedynie szlachecka wznosi się i rozum odżywia". To stosowny fragment Potopu.
To tylko przykłady. Znajdujemy też Wokulskiego z ulubionym koniakiem, Jerzyka z powieści Pod mocnym aniołem, mezcal, który przyczynił się do upadku bohatera Pod wulkanem Malcolma Lowry’ego.
Nie zabrakło Jerofiejewa, Dostojewskiego, Bułhakowa i Cervantesa. Są też mniej znani reprezentanci sztuki literackiej. Aż się w głowie roi. A po lekturze almanachu chce się czytać. Co więcej, chce się pić…
Książka opatrzona jest indeksem cytowanych autorów i bohaterów fikcyjnych, a także bogatym materiałem graficznym (portretami, slajdami filmowymi, starymi etykietami.)
W sam raz na karnawał.


Milena

Aleksander Przybylski: Literacki almanach alkoholowy, Gdańsk 2016

środa, 3 stycznia 2018

Mazury jak Dziki Zachód



Mariusz Czubaj to jeden z niekwestionowanych mistrzów polskiego kryminału, a R.I.P to kawał dobrze wykonanej roboty.  Autor odrobił lekcję z kinematografii, więc jego bohater, niczym Clint Eastwood w słynnej „dolarowej” trylogii Sergio Leone, jeździ miedzy Szczytnem a Starymi Kiejkutami, chcąc zaprowadzić  ład i porządek.
Nazywa się Marek Hłasko i jest byłym policjantem, a obecnie prywatnym detektywem, specjalizującym się w poszukiwaniu osób zaginionych. Tym razem na zlecenie znanej prokurator  Hyżej poszukuje jej siostrzenicy Magdy Wolskiej, a przy okazji odkrywa przeszłość swojego ojca. Przeszłość, o której stary Hłasko nigdy synom nie mówił, a został po niej kawałek blaszki z wykłutymi tytułowymi literami.
W ogóle onomastyka jest wielką zaletą książki, widać, że autor nie sięgnął po przypadkowy zbiór nazw. Książka pokazuje, jak można bawić się choćby nazwiskami, osiągając przy tym komiczny efekt. Detektyw nazywa się Marek Hłasko i, chcąc zachować w tajemnicy prawdziwy cel swego pobytu na Mazurach, udaje pisarza, prokurator jest równie „hyża w gonieniu przestępców, co w rozkładaniu nóg”,  a właściciel tubylczego baru Endżel nazywa się Jacek Daniel. Lokalny mafioso to Henryk Koenig, czyli, jakby nie patrząc, król.
Powieść tylko pozornie ma zawiłą intrygę.  Dwa, a nawet trzy wątki splatają się ze sobą, ale niespecjalnie utrudnia to lekturę.  Ma być prosto jak we wspomnianym spaghetti westernie, na miarę polskiej prowincji.
Powieść jest w narracji pierwszoosobowej, główny bohater jest cyniczny,  zdystansowany,  zdarzają mu się bardzo różne przygody, z których stara się wyjść obronną ręką.  „Rozumiałem ją. Wiem, czym jest czekanie na wiadomość. Na wieści dobre czy złe. I gdy te nie nadchodzą, kiedy telefon milczy, pozostaje chodzenie po ścianach. Po wielu latach oduczyłem się dawania ludziom nadziei. Od tego jest ksiądz. Albo psycholog. Więc milczę, aż znajdę zaginionego. Żywego albo martwego. W zdrowiu lub w stanie zlewnym.” Tak, prokurator Hyża bardzo chciała znaleźć swoją siostrzenicę.
R.I.P. ma odpowiednią dawkę masakry, stosowną ilość czarnego humoru, groteski i odlotu w postaci domorosłej komuny.
Przyznaję, że nie znam pierwszej części cyklu. Zakładam, że jest równie dobra, a rola detektywa większa. W tej trochę brakuje klasycznego w powieści sensacyjnej katharsis, kiedy winni zostają napiętnowani i wykluczeni. Tutaj zło walczy ze złem. Cóż, każdy ma taki los, na jaki zasłużył…

Milena

Mariusz Czubaj, R.I.P, Warszawa 2016

czwartek, 26 października 2017

Wanda


„Wanda jest najprawdopodobniej  p i e r w s z ą  kobietą w górach Karakorum, która w 1982 roku przemierza drogę do bazy pod K2, kuśtykając po lodowcu” – można przeczytać w znakomitej biografii Wandy Rutkiewicz (1943-1992) autorstwa Anny Kamińskiej. 120 km, przy nieznacznej pomocy kolegów. Nigdy nie dała po sobie poznać, że jest jej ciężko. Szerpowie zapamiętali to tak dobrze, że  Polka na kulach na długo stała się symbolem wspinającej się białej kobiety.
Wymagająca wobec siebie i innych, gwałtowna, uparta, zafiksowana na punkcie gór, w których zginęła tak, jak przewidziała.  Autorka biografii Rutkiewicz, przeprowadzając setki rozmów z bliskimi, znajomymi alpinistki,  opierając się na materiałach prasowych tworzy wizerunek kobiety niezwykłej,  outsiderki.  To książka pisana na żywo i w bibliotece, oparta na solidnym researchu.
Wanda Rutkiewicz nie widziała życia poza górami. Najpierw wspinała się na skałkach. W tym środowisku poznała pierwszego męża, który wypowiada się w książce. „Z Wandą różniliśmy się w górach i szybko, okazało się, że również w życiu”.  Jan Rutkiewicz nie chciał, aby alpinizm dominował w domu. Wanda zaś nie myślała o założeniu rodziny. Rozstali się po trzech latach. Po mężu odziedziczyła nazwisko.  Z drugim była równie krótko. Dzieci nie było wcale.
Były za to góry  coraz wyższe i wyższe. Spalone próby nie sprawiały, że przerywała wspinaczkę.  Nie wszyscy chcieli się z nią wspinać, z uwagi na trudny charakter i dominujące zachowanie. Kiedy coś nie wyszło potrafiła zamknąć się w namiocie i na cały regulator tłuc Wysockiego.
W książce wszechobecna jest śmierć. Towarzyszy bohaterce od urodzenia. Tragicznie umiera jej brat, zostaje zamordowany ojciec, w górach giną towarzysze wypraw. W czasie jednej z nich, kierowanych przez Wandę udaru na jednym z obozów szczytowych dostaje przyjaciółka, Halina Krüger-Syrokomska. Wanda podejmuje decyzję, aby ściągnąć jej ciało do podnóża K2, żeby córka mogła zobaczyć grób matki.
Na kolejnej wyprawie, zakończonej zdobyciem K2  (jako pierwsza kobieta na świecie) doznaje euforii, chociaż przy zejściu ginie para Francuzów. O reakcji na śmierć mówi w jednym z wywiadów: „Nie mam takiej odpowiedzi, z której nie dałoby się sporządzić przeciw mnie aktu oskarżenia. Mogę tylko zapewnić, że na śmierć się nie obojętnieje. Ale – ostatecznie – to nie jest moja śmierć”.
Swoją śmierć znalazła w 1992 roku na górze Kanczendzonga. Wanda Rutkiewicz z wyprawy na szczyt, który nie lubi kobiet, nigdy nie powróciła. „To miał być dziewiąty zdobyty przez nią ośmiotysięcznik. Jej śmierci nikt nie widział, jej ostatniego słowa nikt nie słyszał, jej ciała nikt nie odnalazł. Jej odejście, tak jak wiele zdarzeń z jej życia do dziś pozostaje tajemnicą”, pisze Anna Kamińska.
Wanda Rutkiewicz została uznana przez sąd za zmarłą z datą 13 maja 1992 roku. W śmierć córki nigdy nie uwierzyła matka, Maria Błaszkiewicz. Była przekonana, że Wanda zeszła na drugą stronę Kanczendzongi,  pozostaje z nią w łączności duchowej i corocznie przesyła jej życzenia na Dzień Matki. Wszystkich, którzy myśleli inaczej, wykluczała z grona znajomych.  Zmarła w wieku 103 lat w 2013 roku. Bliscy do końca nie wiedzieli, czy zaakceptowała śmierć córki.
Przejmująca jest ta biografia ikony polskiego himalaizmu.

Milena


Anna Kamińska, Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci, Kraków 2017

czwartek, 27 lipca 2017

Bezsilni



Książka pt. "Bezsilni" została zaliczona do kryminałów, choć tak naprawdę niesie ze sobą przesłanie nie tylko sensacyjne. Wątek morderstw, które zostały popełnione w małym fińskim miasteczku, to temat, wokół którego osadzone są losy policjantki pochodzącej z Węgier, jej kolegów oraz pakistańskich uchodźców. Autorka poruszyła zjawisko uchodźstwa od tej ludzkiej strony. Choć temat ten nie jest nam obcy, przewijał się w mediach, toczyły się polityczne rozgrywki, to w tej książce mogliśmy poznać nie tyle problem, co po prostu człowieka uciekającego i próbującego odnaleźć swoje miejsce poza rodzinnym krajem. Kati Hiekkapelto w delikatny sposób kreśli obraz obozów dla uchodźców, sylwetki ich przeciwników i zwolenników. A wszystko to dzieje się w czasie śledztwa.
Różnorodności dopełnia pojawienie się gangów narkotykowych, które opanowują skandynawskie miasta. I choć mogłoby się wydawać, że tematów jest wiele, Kati Hiekkapelto w umiejętny sposób połączyła ze sobą wątki. Czytając, nie odnosi się wrażenia galimatiasu, wszystko jest przemyślane i poukładane.
Choć już od początku wydaje się, że wszystko, no prawie wszystko jest jasne i wiemy, kto kogo zabił, okazuje się, że karty zostały odsłonięte dopiero na koniec. Autorce Kati Hiekkapelto należą się brawa.

Joanna

Kati Hiekkapelto Bezsilni. Warszawa 2017.

środa, 26 lipca 2017

Georgia Maybe Time



Czy "Gaumardżos" jest książką podróżniczą? Choć w takiej kategorii otrzymała nagrodę, to sami autorzy zastanawiają się, czy to przewodnik, książka podróżnicza, a może zbiór reportaży. Rzeczywiście stworzyli książkę, która jest kompilacją wszystkich wymienionych gatunków. Dodatkowo znajdziemy w niej nieco historii i przeżyć wojennych Gruzinów. Wszystko „zlepione” w udaną całość.
Poznajemy tu Gruzinów jako wesołych, gościnnych, bardzo dużo pijących, o mocnych głowach, spóźniających się ludzi, bo, jak sami tłumaczą, żyją trybem Georgia Maybe Time. Kochają kulturę ludową i z nią się utożsamiają. Choć zostali poturbowani walkami, to jednak nie przestali patrzeć na świat optymistycznie. Mają w sobie ból wojen, który do dziś wyciska łzy: "Wojna to najgorsze, co może być. Ludzie przestają być ludźmi, to już nie jest człowieczeństwo." - opowiada pani Olga, która oprowadza po Muzeum Stalina w Gori.
Anna Dziewit-Meller poruszyła ciekawą kwestię, a mianowicie sytuację kobiet w Gruzji. Przedstawiła ich obraz, który jest nieco sprzeczny. Zauważa paradoksy gruzińskie, które po kolei przytacza.
Jeśli mowa jest o Gruzji, to nie unikniemy zadania pytań: Czy w Gruzji jest bezpiecznie? Czy małżeństwo Meller nie przedstawiło przesłodzonego obrazu Gruzinów? Na to ostatnie znajdziemy odpowiedź w dodanym rozdziale: "Każdy ma takich Gruzinów, na jakich sobie zasłużył." Jak wszędzie,  są ci źli i dobrzy, oni trafili na dobrych ludzi.
Jest jeszcze jedna kwestia, która ucieszy fanów Katarzyny Pakosińskiej, której poświęcono część książki. Dotyczy ona powiązania Pakosińskiej z pewnym Gruzinem. Można ją poznać z nieco innej strony - Georgialiki. Książka pakosińsko-gruzińska.

Podsumowując, Gaumardżos!... to bardzo ciekawa pozycja książkowa traktująca o Gruzji, tej sprzed lat, a nawet sprzed wielu, wielu lat, a także tej współczesnej. Opowiada o ludziach, którzy cieszą się życiem, chwalą je i dziękują za Gruzję pomimo tego, że część z nich ma za sobą ciężkie chwile. Książka zawiera zdjęcia z podróży autorów, dzięki którym zaciekawia i pobudza w Czytelniku chęć bliższego poznania Gruzji, jej doświadczeń, krajobrazów, zwyczajów, ludzi, no i, jak się dowiadujemy z książki, wyjątkowego jedzenia. Dobrze, że została uzupełniona o dodatkowy rozdział. Lektura godna polecenia dla każdego - dlatego Gaumardżos! - życzę Ci zwycięstwa! Na zdrowie!

Joanna

Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller Gaumardżos! Opowieści z Gruzji.