środa, 19 kwietnia 2017

Milczenie Wikingów


Oddi, syn Asgota z Czerwoną Tarczą, bohater czterotomowej sagi o Wikingach dojrzewa na naszych oczach. Z lekceważonego przez ojca młodzieńca, przez długi pobyt i obcowanie z odmienną kulturą plemion Ameryki Północnej w drugim tomie, staje się prawdziwym i odpowiedzialnym przywódcą. „Zmężniał, zhardział, zmądrzał”.  Zaryzykowałabym twierdzenia, że podobnie dzieje się z autorem sagi, gdyż kolejne tomy są coraz lepsze, bardziej zdyscyplinowane, zarówno w formie, jak i w treści. Z niecierpliwością czekam na czwarty.
Wychowałam się na powieściach Karola Maya. I zawsze wzruszam się, kiedy pojawiają się motywy obrzędów i wierzeń Indian. Wyszkoleni Beothukowie płyną wraz z drużyną Wikingów przez Atlantyk, odwiedzając przy tym Jomsborg (wiele wskazuje na to, ze mógł to być dawny Wolin) przez Bałtyk, Dniepr, Morze Czarne, aż do cesarskiego Konstantynopola, czyli nadal obecny jest motyw wielokulturowości. Z dzielnymi wojownikami Północy ciągną indiańskie kobiety: brzemienna Shaa-naan, żona Oddiego i szamanka Kamienny Potok. Oddi porywa się na tę odważną wyprawę w poszukiwaniu matki i siostry. Zdobywa nowych sojuszników, spotyka starych… Odnalazł się też Ramiro Mendez, zacny bohater pierwszego tomu. Innymi słowy, barwnych postaci nie brakuje. W każdym razie Wikingowie płyną, płyną, by dotrzeć do celu, pokonując Dniepr płacą, nieraz krwią, za liczne przewłoki, mają wiele przygód. Historycznie możliwych do napotkania na drodze ówczesnych wojowników. Wynika to z przytoczonych przez autora na końcu książki źródeł.
Książkę bardzo dobrze się czyta. Jest dynamiczna, a sceny walk nie zdominowały fabuły, więc lekturę polecam nie tylko fanatykom tytułowych toporów. Zresztą, przy pewnej tolerancji gatunkowej, w powieści można odnaleźć wątek kryminalny. Narracja jest spójna, Lewandowski nie boi się rubasznego języka i anegdot, a sceny liryczne też wypadają zdecydowanie lepiej, niż w poprzednich tomach.  Opisy napotkanych bogactw i pałaców aż błyszczą od metafor. W kopułach świątyń odbija się słońce niebios, a złym ludziom sprawiedliwość wymierzy młot Thora. Może tylko komparatystyczne opisy poszczególnych religii są zbyt obszerne. Wystarczyłyby za te wszystkie dywagacje sceny pochówków poległych wojowników, w różnych rytuałach, które rzeczywiście robią, zamierzone zapewne przez autora, wrażenie.  Za to książki nie obciąża przerost dygresji, a w powieści podróżniczej (ta część z uwagi na fabułę może i za taką uchodzić) pokusie pobocznych wątków nietrudno ulec.
Na jeden taki wątek - płocki - warto zwrócić uwagę. Treściwy i wprowadzony z wdziękiem, a przecież na nadmiar obecności w książkach o zasięgu ogólnokrajowym Płock nie może narzekać.
 Wszak - „schnie drzewo odcięte od korzeni” - jak napisał Lewandowski!

Milena

Radosław Lewandowski, Topory i sejmitary, Warszawa 2017

czwartek, 6 kwietnia 2017

Nakarmić kamień


 2016 rok okazał się pomyślny dla Bronki Nowickiej, która została laureatką Nagrody Nike za Nakarmić kamień. Książka ta stanowi zbiór krótkich opowiadań, które swą formą i treścią potrafią wstrząsnąć czytelnikiem. Autorka przedstawia w nich trudne tematy w prowokacyjny sposób, używając czasem nieprzyjemnych zwrotów, które uchodzą za niekulturalne. Jednak ich dosłowność podkreśla przekaz.
Tytuły poszczególnych opowiadań nie wskazują na morał z nich płynący. Autorka rozpoczyna historię, dając czytelnikom przedmiot codziennego użytku, aby opisać dzieje ludzkiego losu. Czasami dotyczą one zawiłych relacji międzyludzkich, międzypokoleniowych.
Choć motywem przewodnim jest uciekający czas, znajdziemy też elementy dzieciństwa i świata widzianego oczami dziecka, niełatwego świata. Jednak to, co wiąże wszystkie opowiadania, to trudy życia i przemijania. Autorka zwraca uwagę, że nośnikiem pamięci o osobach, które odeszły, są przedmioty codziennego użytku, które mają w sobie ich cząstkę
Do życia potrzebny jest nie tylko pokarm w jego dosłownym rozumieniu. Musimy karmić nasze zmysły, duszę, a tytułowy kamień, który przewija się w niektórych opowiadaniach, ma w tej kwestii znaczenie symboliczne.
Od początku do końca, książka "Nakarmić kamień" utrzymana jest w ponurym smutnym klimacie. W trakcie czytania, w głowie czytelnika pojawiają się obrazy w odcieniach szarości. Zdecydowanie jest to lektura przeznaczona do przeczytania w zaciszu. Trzeba odczytać to, co ukryte. Przesłanie nie jest nam dane w prostej postaci, musimy je wydobyć.
Choć nie jest to literatura z typu łatwych i przyjemnych, jednak niesie ze sobą wartości, nad którymi warto się zatrzymać w tym zabieganym świecie.

Joanna

Bronka Nowicka, Nakarmić kamień. 


sobota, 25 marca 2017

Szkieły z Poznania



Jak to się stało, że jeszcze nie pisałam o żadnym z tzw. neomilicyjnych kryminałów Ryszarda Ćwirleja? Ano tak się jakoś złożyło. Natomiast ze wszech miar zasługują na prezentację.
Weźmy Śliski interes. Akcja dzieje się w 1983 roku, a więc dwa lata po wprowadzenia stanu wojennego. SB to nadal państwo w państwie, ale nie kochane przez prawdziwych milicjantów. W ogóle policja polityczna odgrywa w tej serii rolę Złego, śmieszy, tumani, przestrasza. W stanie wojennym MO Ćwirleja z niechęcią staje po stronie władzy ludowej. W ogóle autor to rocznik ’68, więc z czasów PRL dużo pamięta, zapewne nosił buty Relax, dżinsy Odra, bo wranglery były mrocznym obiektem pożądania. Popalał (jeśli!) klubowe albo popularne i takie różne rzeczy, o których dzisiejsze nastolatki nie maja pojęcia. Ba, może nawet przeglądał Kapitana Żbika, a może podkradał ojcu zeszyty kryminalne Ewa wzywa O7. Ja podkradałam. Najbardziej lubiłam, gdy na okładce było nadrukowane: Jerzy Edigey. Zapewne wszystko razem, bo o większości z tych gadżetów jest mowa w jego kryminałach. Nieraz wprost. W Śliskim interesie podobnie.
Ciekawi mnie tylko, czy ktoś z młodszych autorów mógłby z takim realizmem sięgnąć do PRL-u i opisywać tęsknotę za kiełbasą „Śląską”, odróżnić dobry bimberek od ochrzczonej wódki I wychwalać cinkciarzy pod Pewexami. Jak zwykle szczegółów zdradzać nie będę, bo co to za kryminał, gdzie wszyscy wiedzą, co to był za trup.
W smutnej PRL-owskiej rzeczywistości na kartach książki jest szaro, brudno i zimno, rzecz dzieje się przed wyjątkowo mroźnym i śnieżnym Bożym Narodzeniem. Do tego śmierdzi nieświeżym karpiem i szczynami w bramach. Rzeczywistość, jak błysk flesza, rozświetlają czerwone majtki ekspedientki sklepu mięsnego i lampy milicyjnych techników. Spośród milicjantów wyróżnia się chorąży Teofil Olkiewicz, prosty jak drut, ale sprytny i obdarzony szczęściem funkcjonariusz Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, zresztą pisze o tym Olaf Lubaszenko na okładce książki i trudno się z tym nie zgodzić. To Olkiewicz jest numerem jeden w tej części serii.
Partner i kolega Olkiewicza, podporucznik Mirek Brodziak, choć to wokół niego wiąże się kryminalna intryga, jest nieco skryty w cieniu rubasznego chorążego. Podobnie jak tajemnicza postać cinkciarza z półświatka Grubego Rycha.
W powieści wszyscy piją. O każdej godzinie w milicyjnych konsumach (tak, młodzieży, były takie specjalne knajpy dla resortu, w Płocku też) bywa wódka i inne wyroby monopolowe. Ćwirlej zgrabnie opisuje jak obejść słynny ówczesny zakaz picia alkoholu do 13.00. Otóż podawano go w butelkach po oranżadzie lub… dolewano do herbaty. Olkiewicz doszedł w tym do perfekcji, zresztą bez alkoholu w żyłach nie był w stanie pracować. Niczym raj jawi się Olkiewiczowi fabryka Polmosu, gdzie w rzędach sunących po taśmie butelek płynie sama krynica mądrości.
Ćwirlej świetnie radzi sobie z prowadzeniem dwóch równoległych wątków, powieść doskonale się czyta, autor obraca się w świecie cinkciarskich porachunków tak, jakby sam stał w młodości pod Peweksem. To rasowy kryminał o pełnokrwistych policjantach: porywczym młodym Brodziaku, nieco ociężałym Olkiewiczu i ich przełożonych z KWP, niejasnych układach i małych grzeszkach z przeszłości. Udana mieszanka przyprawiona PRL-em, który już powoli zaczynał chylić się ku upadkowi.
Warto zwrócić uwagę na cenny poznański żargon (w którymś z tomów był nawet słownik). Z czystym sumieniem mogę polecić serię kryminalnych opowieści o… szkiełach z Poznania.


Milena


Ryszard Ćwirlej, Śliski interes, Warszawa2016

poniedziałek, 13 marca 2017

Srebrzysko



Między cmentarzem, kościołem, a domem wariatów odbywa się wędrówka ludzka na ziemi, owa wędrówka poszarpana, niezwykła, od narodzin do śmierci niechybnej wiodąca. Tym razem Stefan Chwin napisał powieść z kluczem, możemy szukać go w tytule, możemy w fabule opowieści, nawiązującej do prawdziwych wydarzeń polskiego życia społecznego.
Piotr, wzięty adwokat, autor scenariuszy filmowych i autorytet moralny jest szantażowany przez nieznanych sprawców, którzy weszli w posiadanie jego nieobyczajnych fotografii. Damskie fatałaszki na męskim ciele, narkotyki. Popełnił błąd. Któż nas jest bez winy? Teraz świat dokonuje na nim linczu. To nic, że zdjęcie na pierwszej stronie „Faktora” było przesłonięte opaską na oczach, skoro w Internecie pokazał się cały film i fala hejtu zalała adwokata po szyję. Opowiadaczem, nie, poetą prozy, Chwin jest doskonałym (wszak stoi za nim uniwersytecka kariera i doświadczenie); więc czytelnik wraz z narratorem brodzi w internetowym g….e i jest to obrzydliwe.
Fatalne nagranie na okrągło leciało na YouTubie. Tysiące internautów szydziło, ośmieszało, opluwało. Na liczniku było już ponad półtora miliona wejść. Żarciki, kpiny, zaczepki, szyderstwa. Nie liczyło się to, czego dokonał w życiu. Liczyła się tylko opięta na tyłku sukienka w czerwone kwiaty maku i biały proszek wciągany do nosa przez rurkę Byle gówniarz mógł mu teraz napluć w twarz.”
Chwin i realistycznie, i w przenośni pokazuje zaszczutego człowieka. Wystawionego na razy jak biblijny Hiob. Piotr stracił klientów, przemyka chyłkiem ulicami, koledzy z branży darują mu sam fakt seksualnych wybryków, ale aż mlaskają, by dowiedzieć się szczegółów. „O pragnienie szczegółów! Żarłoczne, nienasycone, jadowite, słodkie, które łączy górę z dołem, wyżyny z bagnem, gotycką katedrę z rynsztokiem, uniwersytet z burdelem i rozgrzewa, rozgrzewa serca, tętnice, wątroby i źrenice.” Chwin płynnie przechodzi od narracji neutralnej do narracji prowadzonej z punktu widzenia Piotra i łamie czytelnicze serca…
Szantażowany nowymi nagraniami adwokat powoli popada w paranoję, lata po Warszawie z kałachem, odwiedza redakcję, która po raz pierwszy zamieściła kompromitujący materiał i wpada w koła nowej maszyny – tłumu. Między Scyllą a Charybdą znajduje się, kiedy porywa go w swoje tryby manifestacja środowisk niepodległościowych, po drugiej stronie ma pokojowo nastawionych „kolorowych” studentów. I tak nasz biedny Piotr przypadkiem staje się frontmenem bojówek. Tym razem był bez winy, a o jego twarz, rozpłaszczoną na policyjnych tarczach, też łatwo w TV …
Opis demonstracji na placu Konstytucji jest świetny, dynamiczny i reporterski, ludzie wrzeszczą, flagi łopocą, słowem, wszystko jest, jak należy. Tylko Piotr ma wrażenie, że we wszystkich źrenicach naokoło odbija się jego twarz, twarz zboczeńca… I gna dalej niesiony na skrzydłach nienawiści, która siłę ma większą niż miłość i śmierć. Przed którą nie uchroni znajomość Arystotelesa, Heideggera, Miłosza i Pisma Św. Jeszcze innych Piotrowych wyzwań.
Dodam, że nie jest to czysta fabuła, ale bogaty zbiór refleksji dotyczących m.in. ziemskiej obecności człowieka. Coś jak odyseja i „Proces” razem wzięte. Do bezbronności duchowej doszła teraz, zdaniem Chwina, bezbronność dosłowna. Na przykład wobec technologii. I złych myśli, rzuconych na podatny grunt. A Srebrzysko to cmentarz w Gdańsku, obecnie już zamknięty. Spoczywa na nim ojciec Piotra. To piękna książka!

Milena

Stefan Chwin, Srebrzysko, Gdańsk 2016

niedziela, 26 lutego 2017

Wikingowie – temat modny, popularny, a może ciekawy?



Ona i on – pożądanie, namiętność, miłość i … STOP! To nie ta historia, zupełnie nie ta… Dość już tkliwych romansów na długie wieczory. Tylko co dalej? Ja znalazłam na rynku czytelniczym nowość – powieść Roberta Lewandowskiego pod tytułem ,,Wikingowie. Najeźdźcy z Północy”. Jest to trzymająca czytelnika w napięciu historia wędrówki Oddiego po lasach Labradoru. Interesujące, a zarazem nadające indywidualność tej pozycji czytelniczej jest połączenie w jej fabule losów Wikingów z egzystencją Indian. Z pewnością zastanawiacie się co w tym takiego niezwykłego? Otóż przedstawiony przez Lewandowskiego świat jest pełen mitów, legend oraz elementów wiary i kultury skandynawskiej. Wówczas czytelnik, wędrując po kartach powieści, nie tylko poznaje całkowicie odmienną kulturę, lecz ma także wrażenie, że został przeniesiony w świat magiczny, niezwykły… a rzekłabym nawet metafizyczny.
Nie sądźcie jednak, że u Lewandowskiego odnajdziecie przedziwne, nieznane dla ludzkiego umysłu postacie. Bowiem jednym z walorów tej powieści jest bardzo przekonywujący realizm, na który składają się tylko wspomniane przeze mnie opisy wierzeń, lecz także elementy języka nordyckiego, co nie tylko pozwala na lepsze poznanie przedstawionej historii, lecz także pobudza czytelniczą wyobraźnię (co współcześnie udaje się bardzo rzadko).
Jestem jednak pewna, że nikt z Was nie spotkał się jeszcze z książką idealną. Myślicie pewnie, że powiem, że ta taka jest. Otóż muszę Was rozczarować! ,,Wikingowie. Najeźdźcy z Północy” to powieść, która mimo swoich zalet ma także wady. Zdecydowanie nie polecam tej pozycji osobom, które szukają łatwej w odbiorze lektury, wprowadzającej czytelnika w skrupulatny i uporządkowany świat, bo elementy chaosu niestety wkradają się Lewandowskiemu, zwłaszcza na początku powieści. Nie oznacza to jednak, że powieść jest napisana mało przystępnym językiem. Wymaga ona od odbiorcy większego zaangażowania i skupienia, dzięki któremu czytelnik dokładniej zrozumie przekazywane treści.
A zachętą do lektury nowości płocczanina niechże się staną następujące słowa samego pisarza: ,,My, piszący tworzymy mapy, ale to w Twojej głowie rodzą się światy”.

Iza


Radosław Lewandowski, Wikingowie. Najeźdźcy z Północy, Warszawa 2016

czwartek, 29 grudnia 2016

Królowa bezczelności?


Samotność, miłość, przyjaźń, nienawiść, smutek, agresja, przemoc domowa. Można by tak wymieniać w nieskończoność, bo są to jedne z wielu problemów podjętych w książce płocczanki Martyny Kubackiej pod tytułem „Bezczelna”. Jest to historia z pozoru zwyczajna. Ona – prosta dziewczyna, która w wieku dziewiętnastu lat musi okazać się charyzmą i pewnością siebie tylko po to, by móc normalnie żyć. On… a raczej oni (bo jest ich dwóch) – wysoko postawieni społecznie mężczyźni, na których prosta dziewczyna robi piorunujące wrażenie.
Po takim wstępie wydawać Wam się może, że sięgniecie po zwyczajny romans, jakich wiele na półkach czytelniczych. Też tak myślałam rozpoczynając lekturę. Jednak do sięgnięcia po nią skłonił mnie dość intrygujący tytuł, mający (jak zostało to podane na okładce powieści) silny związek z charakterem bohaterki, która „nie wzdycha do zachodów słońca, czekając na swojego Księcia”. Nie ma nic bardziej mylnego. Kubacka wcale nie przedstawia mało wrażliwej dziewczyny, która swoją wulgarnością odstręcza wszystkich, próbujących się do niej zbliżyć. Magda (główna bohaterka) po prostu chce być akceptowaną i kochaną taką jaką w rzeczywistości jest. Pozostaje tylko zadać sobie pytanie: dlaczego zdarza jej się przejawiać agresję, czy też używać wulgarnych słów? No cóż… według mnie odpowiedź jest prosta, a brzmi ona: „Młodość rządzi się swoimi prawami”. Zatem, kto nie chciałby w postaci literackiej albo odnaleźć choćby cząstki siebie z teraźniejszości, albo w bohaterce odnaleźć własne cechy sprzed lat? Autorka ułatwia to czytelnikowi nie tylko za pomocą samej kreacji dziewczyny, lecz także za pośrednictwem używanych przez nią bezpośrednich zwrotów do czytelnika (na przykład: „Nie patrz tak”, czy też: „Co się tak gapisz”), które umożliwiają odbiorcy poczuć się współrozmówcą w przedstawianej historii. To z kolei pozwalają cieszyć się razem z bohaterką, płakać, śmiać się, smucić się i złościć razem z nią.
Na zakończenie chcielibyście pewnie dowiedzieć się jak potoczyły się losy ukazanej w powieści dziewczyny. Nie zdradzę Wam tego! Zabrałabym wówczas każdemu, kto chce sięgnąć po tę książkę, najcenniejsze co może być w lekturze, czyli jej walor poznawczy. Zapraszamy zatem do Czytelni wszystkich tych, którzy poszukują prostego i zrozumiałego utworu i jednocześnie potrafią wykazać się zrozumieniem i empatią.

Martyna Kubacka, Bezczelna, Gdynia 2014

Iza

czwartek, 15 grudnia 2016

Wszystko przez tego dybuka



 „Rozstawiają plastikowe krzesła i rozmawiają, palą świeczki i kładą niewielkie kamienie. W Jom ha-Szoa, Dzień Pamięci Holokaustu. I tak każdego kwietnia, choć z roku na rok jest ich coraz mniej. Przychodzą pod jeden z pomników na cmentarzu w Holonie. Ten z wyrytymi datami 1237 i 1941, powstanie i zagłada świata Żydów w Płocku. To ich potomkowie.” Tak pięknie opowiada Rafałowi Kowalskiemu z Muzeum Żydów Mazowieckich Ela Elżbieta Elner Budny, płocczanka pochodzenia żydowskiego.
Wydana niedawno książka Raz jeszcze. Żydzi - Płock – Polska ma dość osobliwą formułę i doskonale wpisuje się w płocki rynek publikacji o tematyce żydowskiej. Jest to po prostu książka reporterska, z tym, że autor sięga po różne rozwiązania: wywiad, spisane i przesłane wspomnienia, monolog, którego jest tłem zaledwie, wreszcie po dramat.
Kowalski dotarł do 34 rozsypanych po świecie Żydów urodzonych bądź mieszkających niegdyś w Płocku.  Czasem są to wspomnienia naprawdę sędziwych osób, które mogą być jeszcze osobistym świadectwem historii i odwiedzić obecny Płock i MŻM, czasem nad Wisłą bywają tylko ich dzieci.
Ale nawet dla dzieci jest to wielkie przeżycie. Ta sama pani Budny, która tak kultywuje żydowską tradycję podczas wizyty w Płocku usiadła z mężem na ławce na Tumach i mówiła do niego: „Pomyśl sobie, że mój dziadek też tutaj siedział, z koleżankami, kolegami, może też jadł sobie albo spacerował z jakąś panienką. Ja i on widzimy to samo.”
Z każdego zdania tej książki, słów często bardzo osobistych, (z samych trzewi i chwała Rafałowi za reporterską cierpliwość i takt), wyziera tęsknota za opuszczonym miastem. Żadna maska jej nie schowa. To nic, że Polacy wołali często za urodziwymi, czarnookimi zwykle dziećmi „Żydówka”, czy Żydek” albo gojki nie dawały się im bawić ze swoimi pociechami. Wszak zaułki,  sklepy bławatne, magle czy inne interesy miały swój smak, zapach. Jednej z bohaterek do dziś brakuje zapachów żydowskiej kuchni. To dziwne, choć, zdaje się, że najnowsza neuropsychologia potwierdza, że węch i smak to królowie pamięci.
Podobnie jak historia o bzie, który przywiózł znanemu rysownikowi Jakubowi Gutermanowi przyjaciel z dzieciństwa. Rozmówca Kowalskiego nie spodziewał się,  że bez zakwitnie, nie tak bujnie, jak w naszym klimacie, ale zawsze… I Jakub Guterman, patrząc teraz na ten polski bez, znów staje na wysokiej płockiej skarpie. „Śledzi wzrokiem szare wiślane wody spływające w niebieskawej mgle na północ. I głęboko wdycha majowy bez. Ten liliowy, ten biały, który już na zawsze pozostanie Płockiem i smakiem dalekiego dzieciństwa.”
Książka ma i ciemną stronę. Nie tylko wspomnienia o antysemityzmie. O getcie i wywózkach. Zawiera m.in. wstrząsający slajd o krewnym jednej z bohaterek. Przystojny, z dobrym wyglądem, schowany po aryjskiej stronie. Niemcy podczas łapanki ściągnęli mu spodnie i odkryli, że jest Żydem. Za swoim ojcem wyszedł przez komin w Treblince.
„Kiedy szłam ulicami Płocka, miałam wrażenie, że chodzę po krwi” Powie z kolei w obszernej, intymnej relacji Hedva Sedgal (Zosia Nisson).
Książka o płockich Żydach dla miłośników literatury dokumentalnej może być  fascynująca. Bez obciążenia właściwego leksykonom, ale też bez fikcji beletrystyki. Historie bywają zabawne, interesujące dla etnografa, bywają też, co tu dużo mówić straszne.
Sam Kowalski pisze, że prowadził go dybuk, czyli w religii żydowskiej dusza błąkająca się poza ciałem. Odkąd w szkole usłyszał dowcipy w rodzaju przytoczonego wyżej „wychodzenia przez komin w Treblince”, wiedział, że może narodowi wybranemu i szeroko pojmowanej tolerancji swoją wiedzą tylko służyć, a nie wyśmiewać.

Rafał Kowalski, Raz jeszcze. Żydzi-Płock-Polska, Płock 2016

Milena