czwartek, 22 czerwca 2017

Król



Na stronie tytułowej powieści Szczepana Twardocha, stylizowanej na przedwojenne afisze, podano cenę dla dorosłych. Szkoda, że tylko cenę, bo w zasadzie cała książka jest dla pełnoletnich.
Zważywszy na język, fabułę, bohaterów i parszywy świat wokół powinna stanąć na najwyższej półce w domu, żeby dzieci nie mogły po nią sięgnąć.
Chociaż tak myślę sobie, że wobec powszechnego dostępu do sieci słynny w międzywojniu żydowski bokser (dziś powiedzielibyśmy celebryta), mimo posiadania żony i dwójki dzieci szukający ukojeniu w burdelu, nikogo już nie zadziwi. Dziś pewnie byłby na pierwszych stronach tabloidów i na pudelku.pl.
Powieść zasługuje na najwyższą półkę także z innego powodu – jest po prostu dobra. Napisana wartkim, żywym językiem, dobrze się ją czyta. Wrażliwsi mogą narzekać na nadmiar wulgaryzmów, dla mnie były one nieodłączną częścią przedstawianego świata.
Są kobiety, wino, tylko śpiew taki już łabędzi, niemrawy. Polska jest u progu wojny, podzielona politycznie i narodowościowo. Rządzi falanga i antysemityzm. To już czasy znanego z lat 30. getta ławkowego na uczelniach.
Tytułowy król to bokser pochodzenia żydowskiego, Jakub dla Polaków, a dla swoich Jankiew Szapiro. Kiedy nie boksuje, jest prawą ręką króla żydowskiej mafii Kuma Kaplicy. Kaplica to znakomicie wykreowana postać, typ cwany, budowy tęgawej, na krótkich nóżkach. Nie waha się jednak przed pokazywaniem krótkimi rączkami tych, którzy mają dostać po pysku od przybocznych wodza za nieopłacanie haraczy. A czasem nawet stracić życie w dość wyszukany sposób, przez zawiśnięcie głową w dół, jak koszerne bydlęcie i poćwiartowanie ciała w celu ukrycia zwłok.
Jakub, czarny, barczysty, przystojny, ma jednak swój kodeks, nigdy nie uderzy kobiety i kocha swoją żonę (która nie chce wiedzieć, z czego żyje jej mąż), i dwóch synów bliźniaków.  Ma też nieodparty urok antybohatera. Kocha też, ale inaczej Ryfkę, stręczycielkę i powierniczkę ciemnych interesów. Żona i młodszy brak Jakuba bardzo chcieliby wyjechać do Palestyny, ale gdzieś w mrokach najbliższych dziejów czai się już wojna. Na cały ten świat nakładają się jeszcze polskie interesy ludzi związanych z wrogim Żydom Bolesławem Piaseckim, którzy koniecznie chcieliby wyrzucić Kuma z interesu.
Czy im się to udaje? Nie mogę napisać ani tego, ani zdradzić losów Jakuba. To tak naprawdę powieść sensacyjno-obyczajowa, a że dzieje się w trudnych czasach? Tak wybrał autor i, z szacunkiem trzeba przyznać, że dobrze się do tego przygotował. Twardoch sięga zarówno po konsultacje judaistyczną, jak i co już mniej dziwi, po przekład wybranych dialogów na język jidysz.

Szczepan Twardoch, Król, Kraków 2016

Milena

poniedziałek, 8 maja 2017

Zew krwi!


Zdaje się, że moja gra z komisarzem Harrym Hole zaczęła się od końca. Najnowsza powieść z serii o tym norweskim detektywie Pragnienie była pierwszą książką Jo NesbØ, jaką przeczytałam. Już żałuję. Nie, nie lektury. Tego, że tak późno sięgnęłam po NesbØ. Na mojej domowej półce dumnie stoi cały Mankell i kultowe wydanie Borysa Akunina, jeszcze zamawiane za pośrednictwem katalogu „Świata Książki”. Kurt Wallander i Erast Fandorin (do tego drugiego wrócę w odrębnym wpisie, bo Fandorin przeżywa renesans) wyczerpali moje potrzeby odnośnie kryminałów zagranicznych. Ostatnio wybierałam powieści krajowego pochodzenia. Uznałam, że „dobre, bo polskie”.
Nagle Norweg jedną książką zaburzył mój porządek. Pragnienie jest znakomite! Dla mnie najważniejsze – brak znajomości poprzednich tomów nie przeszkadzał w lekturze. Co najwyżej zachęcał do poznania mrocznych losów Harry’ego. Zawiązanie akcji następuje, gdy Harry wiedzie uporządkowane życie wykładowcy w Wyższej Szkole Policji, z żoną Rakel i pasierbem Olegiem u boku, brakuje tylko psa i rabatków z kwiatkami.
Jednak… kawał życia odcisnął piętno na twarzy tego komisarza, który w swoim dawnym komisariacie dorobił się tyluż przyjaciół, co wrogów. Czasami tylko odzywają się demony z przeszłości.
Jeden z nich powraca na dobre i krew zaczyna burzyć się w żyłach Harry’ego. Dosłownie. To powieść skąpana we krwi, a jednocześnie zdystansowana i elegancka, dzięki odpowiedniej narracji. Zupełnie tak, jakby autor o rzeczach brudnych i makabrycznych pisał w lateksowych rękawiczkach, jakie zwykle nakładają technicy badający miejsce zbrodni. Dużo wątków, wiele miejsc akcji i zaskoczenie, wielkie zaskoczenie na końcu. Wszystko, czego można wymagać od dobrego kryminału. Nie mogę napisać, że NesbØ ma niepowtarzalny styl. Zapewne tak jest. Ja wśród znanych mi autorów nie spotkałam osoby tak dbającej nie tylko o intrygę, ale również o bohaterów drugiego planu, ich życiowe perypetie, ale także zwykły realizm przedstawionego świata. Imponuje erudycją, nawet jeśli pracuje nad tym armia researcherów. Wiedzę na pewien temat (nie podpowiem jaki) sprzedaje w nienachalny sposób.

Panie i Panowie! Tu nic nie jest takie, jakie się wydaje. I nigdy nie wiadomo, czy sąsiad nie zapuka właśnie po twoją krew?


Milena

Jo NesbØ, Pragnienie, Wrocław, 2017

środa, 19 kwietnia 2017

Milczenie Wikingów


Oddi, syn Asgota z Czerwoną Tarczą, bohater czterotomowej sagi o Wikingach dojrzewa na naszych oczach. Z lekceważonego przez ojca młodzieńca, przez długi pobyt i obcowanie z odmienną kulturą plemion Ameryki Północnej w drugim tomie, staje się prawdziwym i odpowiedzialnym przywódcą. „Zmężniał, zhardział, zmądrzał”.  Zaryzykowałabym twierdzenia, że podobnie dzieje się z autorem sagi, gdyż kolejne tomy są coraz lepsze, bardziej zdyscyplinowane, zarówno w formie, jak i w treści. Z niecierpliwością czekam na czwarty.
Wychowałam się na powieściach Karola Maya. I zawsze wzruszam się, kiedy pojawiają się motywy obrzędów i wierzeń Indian. Wyszkoleni Beothukowie płyną wraz z drużyną Wikingów przez Atlantyk, odwiedzając przy tym Jomsborg (wiele wskazuje na to, ze mógł to być dawny Wolin) przez Bałtyk, Dniepr, Morze Czarne, aż do cesarskiego Konstantynopola, czyli nadal obecny jest motyw wielokulturowości. Z dzielnymi wojownikami Północy ciągną indiańskie kobiety: brzemienna Shaa-naan, żona Oddiego i szamanka Kamienny Potok. Oddi porywa się na tę odważną wyprawę w poszukiwaniu matki i siostry. Zdobywa nowych sojuszników, spotyka starych… Odnalazł się też Ramiro Mendez, zacny bohater pierwszego tomu. Innymi słowy, barwnych postaci nie brakuje. W każdym razie Wikingowie płyną, płyną, by dotrzeć do celu, pokonując Dniepr płacą, nieraz krwią, za liczne przewłoki, mają wiele przygód. Historycznie możliwych do napotkania na drodze ówczesnych wojowników. Wynika to z przytoczonych przez autora na końcu książki źródeł.
Książkę bardzo dobrze się czyta. Jest dynamiczna, a sceny walk nie zdominowały fabuły, więc lekturę polecam nie tylko fanatykom tytułowych toporów. Zresztą, przy pewnej tolerancji gatunkowej, w powieści można odnaleźć wątek kryminalny. Narracja jest spójna, Lewandowski nie boi się rubasznego języka i anegdot, a sceny liryczne też wypadają zdecydowanie lepiej, niż w poprzednich tomach.  Opisy napotkanych bogactw i pałaców aż błyszczą od metafor. W kopułach świątyń odbija się słońce niebios, a złym ludziom sprawiedliwość wymierzy młot Thora. Może tylko komparatystyczne opisy poszczególnych religii są zbyt obszerne. Wystarczyłyby za te wszystkie dywagacje sceny pochówków poległych wojowników, w różnych rytuałach, które rzeczywiście robią, zamierzone zapewne przez autora, wrażenie.  Za to książki nie obciąża przerost dygresji, a w powieści podróżniczej (ta część z uwagi na fabułę może i za taką uchodzić) pokusie pobocznych wątków nietrudno ulec.
Na jeden taki wątek - płocki - warto zwrócić uwagę. Treściwy i wprowadzony z wdziękiem, a przecież na nadmiar obecności w książkach o zasięgu ogólnokrajowym Płock nie może narzekać.
 Wszak - „schnie drzewo odcięte od korzeni” - jak napisał Lewandowski!

Milena

Radosław Lewandowski, Topory i sejmitary, Warszawa 2017

czwartek, 6 kwietnia 2017

Nakarmić kamień


 2016 rok okazał się pomyślny dla Bronki Nowickiej, która została laureatką Nagrody Nike za Nakarmić kamień. Książka ta stanowi zbiór krótkich opowiadań, które swą formą i treścią potrafią wstrząsnąć czytelnikiem. Autorka przedstawia w nich trudne tematy w prowokacyjny sposób, używając czasem nieprzyjemnych zwrotów, które uchodzą za niekulturalne. Jednak ich dosłowność podkreśla przekaz.
Tytuły poszczególnych opowiadań nie wskazują na morał z nich płynący. Autorka rozpoczyna historię, dając czytelnikom przedmiot codziennego użytku, aby opisać dzieje ludzkiego losu. Czasami dotyczą one zawiłych relacji międzyludzkich, międzypokoleniowych.
Choć motywem przewodnim jest uciekający czas, znajdziemy też elementy dzieciństwa i świata widzianego oczami dziecka, niełatwego świata. Jednak to, co wiąże wszystkie opowiadania, to trudy życia i przemijania. Autorka zwraca uwagę, że nośnikiem pamięci o osobach, które odeszły, są przedmioty codziennego użytku, które mają w sobie ich cząstkę
Do życia potrzebny jest nie tylko pokarm w jego dosłownym rozumieniu. Musimy karmić nasze zmysły, duszę, a tytułowy kamień, który przewija się w niektórych opowiadaniach, ma w tej kwestii znaczenie symboliczne.
Od początku do końca, książka "Nakarmić kamień" utrzymana jest w ponurym smutnym klimacie. W trakcie czytania, w głowie czytelnika pojawiają się obrazy w odcieniach szarości. Zdecydowanie jest to lektura przeznaczona do przeczytania w zaciszu. Trzeba odczytać to, co ukryte. Przesłanie nie jest nam dane w prostej postaci, musimy je wydobyć.
Choć nie jest to literatura z typu łatwych i przyjemnych, jednak niesie ze sobą wartości, nad którymi warto się zatrzymać w tym zabieganym świecie.

Joanna

Bronka Nowicka, Nakarmić kamień. 


sobota, 25 marca 2017

Szkieły z Poznania



Jak to się stało, że jeszcze nie pisałam o żadnym z tzw. neomilicyjnych kryminałów Ryszarda Ćwirleja? Ano tak się jakoś złożyło. Natomiast ze wszech miar zasługują na prezentację.
Weźmy Śliski interes. Akcja dzieje się w 1983 roku, a więc dwa lata po wprowadzenia stanu wojennego. SB to nadal państwo w państwie, ale nie kochane przez prawdziwych milicjantów. W ogóle policja polityczna odgrywa w tej serii rolę Złego, śmieszy, tumani, przestrasza. W stanie wojennym MO Ćwirleja z niechęcią staje po stronie władzy ludowej. W ogóle autor to rocznik ’68, więc z czasów PRL dużo pamięta, zapewne nosił buty Relax, dżinsy Odra, bo wranglery były mrocznym obiektem pożądania. Popalał (jeśli!) klubowe albo popularne i takie różne rzeczy, o których dzisiejsze nastolatki nie maja pojęcia. Ba, może nawet przeglądał Kapitana Żbika, a może podkradał ojcu zeszyty kryminalne Ewa wzywa O7. Ja podkradałam. Najbardziej lubiłam, gdy na okładce było nadrukowane: Jerzy Edigey. Zapewne wszystko razem, bo o większości z tych gadżetów jest mowa w jego kryminałach. Nieraz wprost. W Śliskim interesie podobnie.
Ciekawi mnie tylko, czy ktoś z młodszych autorów mógłby z takim realizmem sięgnąć do PRL-u i opisywać tęsknotę za kiełbasą „Śląską”, odróżnić dobry bimberek od ochrzczonej wódki I wychwalać cinkciarzy pod Pewexami. Jak zwykle szczegółów zdradzać nie będę, bo co to za kryminał, gdzie wszyscy wiedzą, co to był za trup.
W smutnej PRL-owskiej rzeczywistości na kartach książki jest szaro, brudno i zimno, rzecz dzieje się przed wyjątkowo mroźnym i śnieżnym Bożym Narodzeniem. Do tego śmierdzi nieświeżym karpiem i szczynami w bramach. Rzeczywistość, jak błysk flesza, rozświetlają czerwone majtki ekspedientki sklepu mięsnego i lampy milicyjnych techników. Spośród milicjantów wyróżnia się chorąży Teofil Olkiewicz, prosty jak drut, ale sprytny i obdarzony szczęściem funkcjonariusz Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, zresztą pisze o tym Olaf Lubaszenko na okładce książki i trudno się z tym nie zgodzić. To Olkiewicz jest numerem jeden w tej części serii.
Partner i kolega Olkiewicza, podporucznik Mirek Brodziak, choć to wokół niego wiąże się kryminalna intryga, jest nieco skryty w cieniu rubasznego chorążego. Podobnie jak tajemnicza postać cinkciarza z półświatka Grubego Rycha.
W powieści wszyscy piją. O każdej godzinie w milicyjnych konsumach (tak, młodzieży, były takie specjalne knajpy dla resortu, w Płocku też) bywa wódka i inne wyroby monopolowe. Ćwirlej zgrabnie opisuje jak obejść słynny ówczesny zakaz picia alkoholu do 13.00. Otóż podawano go w butelkach po oranżadzie lub… dolewano do herbaty. Olkiewicz doszedł w tym do perfekcji, zresztą bez alkoholu w żyłach nie był w stanie pracować. Niczym raj jawi się Olkiewiczowi fabryka Polmosu, gdzie w rzędach sunących po taśmie butelek płynie sama krynica mądrości.
Ćwirlej świetnie radzi sobie z prowadzeniem dwóch równoległych wątków, powieść doskonale się czyta, autor obraca się w świecie cinkciarskich porachunków tak, jakby sam stał w młodości pod Peweksem. To rasowy kryminał o pełnokrwistych policjantach: porywczym młodym Brodziaku, nieco ociężałym Olkiewiczu i ich przełożonych z KWP, niejasnych układach i małych grzeszkach z przeszłości. Udana mieszanka przyprawiona PRL-em, który już powoli zaczynał chylić się ku upadkowi.
Warto zwrócić uwagę na cenny poznański żargon (w którymś z tomów był nawet słownik). Z czystym sumieniem mogę polecić serię kryminalnych opowieści o… szkiełach z Poznania.


Milena


Ryszard Ćwirlej, Śliski interes, Warszawa2016

poniedziałek, 13 marca 2017

Srebrzysko



Między cmentarzem, kościołem, a domem wariatów odbywa się wędrówka ludzka na ziemi, owa wędrówka poszarpana, niezwykła, od narodzin do śmierci niechybnej wiodąca. Tym razem Stefan Chwin napisał powieść z kluczem, możemy szukać go w tytule, możemy w fabule opowieści, nawiązującej do prawdziwych wydarzeń polskiego życia społecznego.
Piotr, wzięty adwokat, autor scenariuszy filmowych i autorytet moralny jest szantażowany przez nieznanych sprawców, którzy weszli w posiadanie jego nieobyczajnych fotografii. Damskie fatałaszki na męskim ciele, narkotyki. Popełnił błąd. Któż nas jest bez winy? Teraz świat dokonuje na nim linczu. To nic, że zdjęcie na pierwszej stronie „Faktora” było przesłonięte opaską na oczach, skoro w Internecie pokazał się cały film i fala hejtu zalała adwokata po szyję. Opowiadaczem, nie, poetą prozy, Chwin jest doskonałym (wszak stoi za nim uniwersytecka kariera i doświadczenie); więc czytelnik wraz z narratorem brodzi w internetowym g….e i jest to obrzydliwe.
Fatalne nagranie na okrągło leciało na YouTubie. Tysiące internautów szydziło, ośmieszało, opluwało. Na liczniku było już ponad półtora miliona wejść. Żarciki, kpiny, zaczepki, szyderstwa. Nie liczyło się to, czego dokonał w życiu. Liczyła się tylko opięta na tyłku sukienka w czerwone kwiaty maku i biały proszek wciągany do nosa przez rurkę Byle gówniarz mógł mu teraz napluć w twarz.”
Chwin i realistycznie, i w przenośni pokazuje zaszczutego człowieka. Wystawionego na razy jak biblijny Hiob. Piotr stracił klientów, przemyka chyłkiem ulicami, koledzy z branży darują mu sam fakt seksualnych wybryków, ale aż mlaskają, by dowiedzieć się szczegółów. „O pragnienie szczegółów! Żarłoczne, nienasycone, jadowite, słodkie, które łączy górę z dołem, wyżyny z bagnem, gotycką katedrę z rynsztokiem, uniwersytet z burdelem i rozgrzewa, rozgrzewa serca, tętnice, wątroby i źrenice.” Chwin płynnie przechodzi od narracji neutralnej do narracji prowadzonej z punktu widzenia Piotra i łamie czytelnicze serca…
Szantażowany nowymi nagraniami adwokat powoli popada w paranoję, lata po Warszawie z kałachem, odwiedza redakcję, która po raz pierwszy zamieściła kompromitujący materiał i wpada w koła nowej maszyny – tłumu. Między Scyllą a Charybdą znajduje się, kiedy porywa go w swoje tryby manifestacja środowisk niepodległościowych, po drugiej stronie ma pokojowo nastawionych „kolorowych” studentów. I tak nasz biedny Piotr przypadkiem staje się frontmenem bojówek. Tym razem był bez winy, a o jego twarz, rozpłaszczoną na policyjnych tarczach, też łatwo w TV …
Opis demonstracji na placu Konstytucji jest świetny, dynamiczny i reporterski, ludzie wrzeszczą, flagi łopocą, słowem, wszystko jest, jak należy. Tylko Piotr ma wrażenie, że we wszystkich źrenicach naokoło odbija się jego twarz, twarz zboczeńca… I gna dalej niesiony na skrzydłach nienawiści, która siłę ma większą niż miłość i śmierć. Przed którą nie uchroni znajomość Arystotelesa, Heideggera, Miłosza i Pisma Św. Jeszcze innych Piotrowych wyzwań.
Dodam, że nie jest to czysta fabuła, ale bogaty zbiór refleksji dotyczących m.in. ziemskiej obecności człowieka. Coś jak odyseja i „Proces” razem wzięte. Do bezbronności duchowej doszła teraz, zdaniem Chwina, bezbronność dosłowna. Na przykład wobec technologii. I złych myśli, rzuconych na podatny grunt. A Srebrzysko to cmentarz w Gdańsku, obecnie już zamknięty. Spoczywa na nim ojciec Piotra. To piękna książka!

Milena

Stefan Chwin, Srebrzysko, Gdańsk 2016

niedziela, 26 lutego 2017

Wikingowie – temat modny, popularny, a może ciekawy?



Ona i on – pożądanie, namiętność, miłość i … STOP! To nie ta historia, zupełnie nie ta… Dość już tkliwych romansów na długie wieczory. Tylko co dalej? Ja znalazłam na rynku czytelniczym nowość – powieść Roberta Lewandowskiego pod tytułem ,,Wikingowie. Najeźdźcy z Północy”. Jest to trzymająca czytelnika w napięciu historia wędrówki Oddiego po lasach Labradoru. Interesujące, a zarazem nadające indywidualność tej pozycji czytelniczej jest połączenie w jej fabule losów Wikingów z egzystencją Indian. Z pewnością zastanawiacie się co w tym takiego niezwykłego? Otóż przedstawiony przez Lewandowskiego świat jest pełen mitów, legend oraz elementów wiary i kultury skandynawskiej. Wówczas czytelnik, wędrując po kartach powieści, nie tylko poznaje całkowicie odmienną kulturę, lecz ma także wrażenie, że został przeniesiony w świat magiczny, niezwykły… a rzekłabym nawet metafizyczny.
Nie sądźcie jednak, że u Lewandowskiego odnajdziecie przedziwne, nieznane dla ludzkiego umysłu postacie. Bowiem jednym z walorów tej powieści jest bardzo przekonywujący realizm, na który składają się tylko wspomniane przeze mnie opisy wierzeń, lecz także elementy języka nordyckiego, co nie tylko pozwala na lepsze poznanie przedstawionej historii, lecz także pobudza czytelniczą wyobraźnię (co współcześnie udaje się bardzo rzadko).
Jestem jednak pewna, że nikt z Was nie spotkał się jeszcze z książką idealną. Myślicie pewnie, że powiem, że ta taka jest. Otóż muszę Was rozczarować! ,,Wikingowie. Najeźdźcy z Północy” to powieść, która mimo swoich zalet ma także wady. Zdecydowanie nie polecam tej pozycji osobom, które szukają łatwej w odbiorze lektury, wprowadzającej czytelnika w skrupulatny i uporządkowany świat, bo elementy chaosu niestety wkradają się Lewandowskiemu, zwłaszcza na początku powieści. Nie oznacza to jednak, że powieść jest napisana mało przystępnym językiem. Wymaga ona od odbiorcy większego zaangażowania i skupienia, dzięki któremu czytelnik dokładniej zrozumie przekazywane treści.
A zachętą do lektury nowości płocczanina niechże się staną następujące słowa samego pisarza: ,,My, piszący tworzymy mapy, ale to w Twojej głowie rodzą się światy”.

Iza


Radosław Lewandowski, Wikingowie. Najeźdźcy z Północy, Warszawa 2016