czwartek, 29 grudnia 2016

Królowa bezczelności?


Samotność, miłość, przyjaźń, nienawiść, smutek, agresja, przemoc domowa. Można by tak wymieniać w nieskończoność, bo są to jedne z wielu problemów podjętych w książce płocczanki Martyny Kubackiej pod tytułem „Bezczelna”. Jest to historia z pozoru zwyczajna. Ona – prosta dziewczyna, która w wieku dziewiętnastu lat musi okazać się charyzmą i pewnością siebie tylko po to, by móc normalnie żyć. On… a raczej oni (bo jest ich dwóch) – wysoko postawieni społecznie mężczyźni, na których prosta dziewczyna robi piorunujące wrażenie.
Po takim wstępie wydawać Wam się może, że sięgniecie po zwyczajny romans, jakich wiele na półkach czytelniczych. Też tak myślałam rozpoczynając lekturę. Jednak do sięgnięcia po nią skłonił mnie dość intrygujący tytuł, mający (jak zostało to podane na okładce powieści) silny związek z charakterem bohaterki, która „nie wzdycha do zachodów słońca, czekając na swojego Księcia”. Nie ma nic bardziej mylnego. Kubacka wcale nie przedstawia mało wrażliwej dziewczyny, która swoją wulgarnością odstręcza wszystkich, próbujących się do niej zbliżyć. Magda (główna bohaterka) po prostu chce być akceptowaną i kochaną taką jaką w rzeczywistości jest. Pozostaje tylko zadać sobie pytanie: dlaczego zdarza jej się przejawiać agresję, czy też używać wulgarnych słów? No cóż… według mnie odpowiedź jest prosta, a brzmi ona: „Młodość rządzi się swoimi prawami”. Zatem, kto nie chciałby w postaci literackiej albo odnaleźć choćby cząstki siebie z teraźniejszości, albo w bohaterce odnaleźć własne cechy sprzed lat? Autorka ułatwia to czytelnikowi nie tylko za pomocą samej kreacji dziewczyny, lecz także za pośrednictwem używanych przez nią bezpośrednich zwrotów do czytelnika (na przykład: „Nie patrz tak”, czy też: „Co się tak gapisz”), które umożliwiają odbiorcy poczuć się współrozmówcą w przedstawianej historii. To z kolei pozwalają cieszyć się razem z bohaterką, płakać, śmiać się, smucić się i złościć razem z nią.
Na zakończenie chcielibyście pewnie dowiedzieć się jak potoczyły się losy ukazanej w powieści dziewczyny. Nie zdradzę Wam tego! Zabrałabym wówczas każdemu, kto chce sięgnąć po tę książkę, najcenniejsze co może być w lekturze, czyli jej walor poznawczy. Zapraszamy zatem do Czytelni wszystkich tych, którzy poszukują prostego i zrozumiałego utworu i jednocześnie potrafią wykazać się zrozumieniem i empatią.

Martyna Kubacka, Bezczelna, Gdynia 2014

Iza

czwartek, 15 grudnia 2016

Wszystko przez tego dybuka



 „Rozstawiają plastikowe krzesła i rozmawiają, palą świeczki i kładą niewielkie kamienie. W Jom ha-Szoa, Dzień Pamięci Holokaustu. I tak każdego kwietnia, choć z roku na rok jest ich coraz mniej. Przychodzą pod jeden z pomników na cmentarzu w Holonie. Ten z wyrytymi datami 1237 i 1941, powstanie i zagłada świata Żydów w Płocku. To ich potomkowie.” Tak pięknie opowiada Rafałowi Kowalskiemu z Muzeum Żydów Mazowieckich Ela Elżbieta Elner Budny, płocczanka pochodzenia żydowskiego.
Wydana niedawno książka Raz jeszcze. Żydzi - Płock – Polska ma dość osobliwą formułę i doskonale wpisuje się w płocki rynek publikacji o tematyce żydowskiej. Jest to po prostu książka reporterska, z tym, że autor sięga po różne rozwiązania: wywiad, spisane i przesłane wspomnienia, monolog, którego jest tłem zaledwie, wreszcie po dramat.
Kowalski dotarł do 34 rozsypanych po świecie Żydów urodzonych bądź mieszkających niegdyś w Płocku.  Czasem są to wspomnienia naprawdę sędziwych osób, które mogą być jeszcze osobistym świadectwem historii i odwiedzić obecny Płock i MŻM, czasem nad Wisłą bywają tylko ich dzieci.
Ale nawet dla dzieci jest to wielkie przeżycie. Ta sama pani Budny, która tak kultywuje żydowską tradycję podczas wizyty w Płocku usiadła z mężem na ławce na Tumach i mówiła do niego: „Pomyśl sobie, że mój dziadek też tutaj siedział, z koleżankami, kolegami, może też jadł sobie albo spacerował z jakąś panienką. Ja i on widzimy to samo.”
Z każdego zdania tej książki, słów często bardzo osobistych, (z samych trzewi i chwała Rafałowi za reporterską cierpliwość i takt), wyziera tęsknota za opuszczonym miastem. Żadna maska jej nie schowa. To nic, że Polacy wołali często za urodziwymi, czarnookimi zwykle dziećmi „Żydówka”, czy Żydek” albo gojki nie dawały się im bawić ze swoimi pociechami. Wszak zaułki,  sklepy bławatne, magle czy inne interesy miały swój smak, zapach. Jednej z bohaterek do dziś brakuje zapachów żydowskiej kuchni. To dziwne, choć, zdaje się, że najnowsza neuropsychologia potwierdza, że węch i smak to królowie pamięci.
Podobnie jak historia o bzie, który przywiózł znanemu rysownikowi Jakubowi Gutermanowi przyjaciel z dzieciństwa. Rozmówca Kowalskiego nie spodziewał się,  że bez zakwitnie, nie tak bujnie, jak w naszym klimacie, ale zawsze… I Jakub Guterman, patrząc teraz na ten polski bez, znów staje na wysokiej płockiej skarpie. „Śledzi wzrokiem szare wiślane wody spływające w niebieskawej mgle na północ. I głęboko wdycha majowy bez. Ten liliowy, ten biały, który już na zawsze pozostanie Płockiem i smakiem dalekiego dzieciństwa.”
Książka ma i ciemną stronę. Nie tylko wspomnienia o antysemityzmie. O getcie i wywózkach. Zawiera m.in. wstrząsający slajd o krewnym jednej z bohaterek. Przystojny, z dobrym wyglądem, schowany po aryjskiej stronie. Niemcy podczas łapanki ściągnęli mu spodnie i odkryli, że jest Żydem. Za swoim ojcem wyszedł przez komin w Treblince.
„Kiedy szłam ulicami Płocka, miałam wrażenie, że chodzę po krwi” Powie z kolei w obszernej, intymnej relacji Hedva Sedgal (Zosia Nisson).
Książka o płockich Żydach dla miłośników literatury dokumentalnej może być  fascynująca. Bez obciążenia właściwego leksykonom, ale też bez fikcji beletrystyki. Historie bywają zabawne, interesujące dla etnografa, bywają też, co tu dużo mówić straszne.
Sam Kowalski pisze, że prowadził go dybuk, czyli w religii żydowskiej dusza błąkająca się poza ciałem. Odkąd w szkole usłyszał dowcipy w rodzaju przytoczonego wyżej „wychodzenia przez komin w Treblince”, wiedział, że może narodowi wybranemu i szeroko pojmowanej tolerancji swoją wiedzą tylko służyć, a nie wyśmiewać.

Rafał Kowalski, Raz jeszcze. Żydzi-Płock-Polska, Płock 2016

Milena

piątek, 4 listopada 2016

Kryminał o miastowych

Łódź jest drugim spośród najszybciej wyludniających się miast w Polsce. Nie zapamiętałam liczb, ale zapamiętałam, jak bardzo mnie to zdziwiło. Metropolia w końcu, magiczna, stolica polskiego włókiennictwa, słowem, ziemia obiecana. Parę miesięcy później tę samą zmienną (widać czytałyśmy jednakowy rocznik statystyczny) znalazłam w najnowszej powieści Katarzyny Bondy Lampiony. Czytałam ponad 600-stronicową książkę później, już po spotkaniu autorskim w naszej książnicy. Może i dobrze, bo mam optykę wyłącznie czytelniczą, bez wysłuchania tajemnic warsztatu.

W każdym razie Bonda jednym haustem przeniosła akcję z Hajnówki w Okularniku do centralnej Polski, do Łodzi. Zostawiła za sobą przeszłość i traumę ze strzelaniny w Białowieży; szefowie dali jej nową szansę i przydzielili do zespołu poszukującego sprawcy/ów podpaleń w Łodzi. Co było dalej, nie powiem, w każdym razie mamy w Lampionach bogaty zestaw bohaterów i wątków: czyściciele kamienic, wzgardzona miłość, modne teraz szaleństwo i wreszcie państwo islamskie. Prawdziwe miasto grzechu. Do tego skarb potomków Abrahama. Czasem od natłoku postaci głównych i epizodycznych mózg płonie jak legendarne żydowskie diamenty.

Zresztą może o to chodziło, skoro tłem kryminalnej intrygi jest ogień „od którego wszystko się zaczyna i którym wszystko zwykliśmy kończyć”, jak mówi Woland w Mistrzu i Małgorzacie Bułhakowa. Bonda tez dużo się nauczyła od światowej literatury; czerpiąc z niej choćby cytaty do poszczególnych rozdziałów, a także sprawdzone sylwetki piromanów, przydatne w profilowaniu. W tej powieści, jak sądzę, mogła w sposób wyjątkowy wykorzystać wykształcenie dziennikarskie. Na marginesie perypetii bohaterów czasem w leniwej narracji, a czasem w zawrotnym tempie biegnie znakomity reportaż o Łodzi, jej obdrapanych tynkach i marazmie z jednej i ludziach, którzy oddaliby za nią życie z drugiej strony. „Łódź jeszcze się nie obudziła. Po pustych ulicach wiatr niósł kawałki papieru czy folii. Poza odgłosami leniwie ruszających tramwajów i gwiżdżącym wiatrem panowała wszechobecna cisza. Drzewa ogołocone z liści. Szczerbate kamienice.” Bonda używa miejskiego slangu, bywa w najbardziej syfiastych miejscach bez jednorazowych rękawiczek. Z daleka czuć dziennikarstwem. I jeszcze, dla równowagi opis Łodzi dojrzałej, pięknej, dla której warto stracić głowę. Sasza z okna najwyższego budynku w mieście ogląda „jak Łódź lśniła feerią świateł. Setki roziskrzonych lampionów migotały, poruszały się jak rozwibrowane owady. Załuska zmrużyła oczy i pomyślała, że dla tego widoku samobójcy wspinają się na samą górę u schyłku nocy. Dla tych błysków, gejzerów, iluzji ciepła.”  Piękne, dojrzałe i niemal socjologiczne opisy miasta. Ciekawa jestem, jak odbierają tę książkę mieszkańcy miasta, które Bonda wybrała na bliskie doskonałości miejsce akcji Lampionów?

Dlaczego w tej materii Płock jest traktowany po macoszemu?  
Milena


Katarzyna Bonda, Lampiony, Wydawnictwo MUZA S.A. 2016

czwartek, 1 września 2016

Gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom?



Dawno, dawno temu, kiedy nie było jeszcze ulicy Kościuszki, pracownicy zatrudnieni w głównym budynku Książnicy Płockiej pracowaliby… na peryferiach? Umówmy się, że obecny układ urbanistyczny ścisłego centrum Płocka jest efektem regulacji pruskiej z pocz. XIX w. Większość ulic (Tumska, Stary Rynek, Sienkiewicza, Kolegialna, Bielska) pojawia się dopiero na planie miasta z 1803 r., wykonanym przez budowniczego pruskiego Schmida. I nikt tego nie zmieni.
Natomiast książka Gryszpanowicza znakomicie pokazuje, co – na przestrzeni dziejów - mogą zrobić ludzie mając do dyspozycji  władzę,  śrubokręt i nieme tabliczki gotowe na każdą nazwę. Nie, nawet nie muszą mieć wiedzy toponomastycznej, o rozsądku nie wspominając.  Najłatwiej zmieniać ulice i pomniki. Nowe osiedla nie dorobiły się swojej historii, choć już są spory, na przykład o rondo na Podolszycach Południe. Rada Osiedla chciała nazwać je Rondem Uśmiechu, zostało jednak Rondem Żołnierzy Wyklętych. Natomiast warto przejrzeć losy starych ulic, choćby: Misjonarska, Obrońców Westerplatte, Sienkiewicza (tu z kolei przykład obłędu Niemców, którym chyba zabrakło patronów dla prestiżowych obiektów), Kazimierza Wielkiego czy Słoneczna. Sonnen-strasse (nawet Niemcy chętnie chodzili tu na spacery) dla wielu płocczan z nawyku pozostanie Świerczewskiego, i już. Bywam w tej okolicy i nieraz kierowcy pytają, jak dojechać do numeru jakiegoś tam. Zresztą widziałam niedawno ulicę o tej nazwie w Bolkowie, co nieco mnie zdziwiło. Jest w sieci strona, która tropi takie relikty komunizmu i skrupulatnie wylicza, że w RP zostało jeszcze 22 „Świerczewskich” i, o zgrozo, 9 „Gwardii Ludowych”, w tym jedna w Płocku. Ocalała (jak uzasadniano, z uwagi na brak środków w budżecie). Chyba mamy coś jeszcze, ale nie chce mi się sprawdzać. Na pewno nie jest to Nowotko (choć akurat niekoniecznie musiał ozdabiać Stary Rynek), ani Bierut, który już w 1989 r. powrócił do historycznie poświadczonych szat „Misjonarza”. Nie pragniemy też Wolnej Afryki, ani Patronatu ZMS. Tym bardziej Rewolucji Kubańskiej. Nie znalazł uznania w oczach płocczan pierwszy kosmonauta Jurij Gagarin (tego doprawdy nie rozumiem), czy Marian Buczek, podobnie Julian Wieczorek. Były też propozycje zamiany alei Roguckiego, ale tak się nie stało… Jednak w dalszym ciągu zbyt wolno porządkuje się nazwy ulic. Wiszą tablice z okresu realnego socjalizmu. Zdaję sobie sprawę z kosztów, ale są to zmiany, które trzeba zrobić – w 1992 r. do Komisji ds. Spraw Nazewnictwa Ulic przy płockiej Radzie Miejskiej wpływały tysiące takich listów. Wyliczono wówczas, że koszt zamiany nazw 18 ulic, które pojawiały się najczęściej wyniósłby 584 mln. zł.  (cyt za „Tygodnik Płocki” nr 1/1003 z 12 stycznia 1992 r., str.7).  Józef Stalin, od zakończenia wojny patron Kolegialnej padł ofiarą zmian już w 1956 r. i ulica, która była w międzywojniu ul. Polskiej Organizacji Wojskowej wróciła do historycznej nazwy odmiejscowej, która pochodzi od niemieckiego słowa Collegienhause – budynku kamery pruskiej (siedziby władz administracyjnych). O tym, że Kolegialnej patronował Józef Wissarionowicz pamięta pewnie coraz mniej płocczan.
Od strony Bielskiej, oglądnąwszy kawałek średniowiecznych murów obronnych Płocka idziemy wśród starych kamienic, mijając odbudowaną synagogę w kierunku Tumskiej. To Kwiatka. Ulica, która powstała w miejscu dawnej fosy miała nazwę Przekop. Później Nowa, Przyokopowa. Wreszcie przyjęła się nazwa ulicy Szerokiej, która widnieje w spisie płockich ulic z 1860 r. Kwiatka była Szeroką niecałe 100 lat, a potem została tzw. ulicą patrymonialną – zyskała patrona w osobie urodzonego w Płocku Józefa Kwiatka (1874-1910) ps. Tadeusz – płocczanina, działacza socjalistycznego pochodzenia żydowskiego.  Ówczesna Rada Miejska stosunkiem głosów 24:7  poparła kandydaturę. W 1994 wniosek przywrócenia ulicy historycznej toponimicznej nazwy Szeroka upadł już w Komisji ds. Nazewnictwa Ulic (2 – za, 3 – przeciw, 2 – wstrzymujące się).
To jest pierwszy, dla mnie najbardziej interesujący, aspekt pracy autora. Prześledzenie zmian w kontekście historycznym pokazuje, że każdy zarządca musi, za przeproszeniem, zostawić swój ślad zapachowy na murze. O ile ten amok propagandowy jest zrozumiały w przypadku okupantów i dyktatorów, o tyle „potępieńcze swary” wśród swoich bywają żałosne. Myślę, że nadchodzi kolejna tura zmian...
Na zakończenie jeszcze jedna ulica o ciekawej historii. W zasadzie język płocczan do dziś ewoluuje w kierunku jej nowej nazwy i mówi się o mieszkaniu „na Cholerce” zamiast: na Grabówce. Nazwa „Grabówka Płocka” pojawia się w dokumentach z 1953 r., z czasem skróciła się do: Grabówka. Właściwie Cholerka mentalnie przestała w Płocku istnieć dopiero po wybudowaniu ulicy Grabówka, i tak jak pisze Gryszpanowicz, trudno jest nawet w oficjalnych dokumentach do niej dojść. Taką nazwę zawierały księgi meldunkowe z 1931 roku, potem Niemcy zmienili nazwę ulicy na Peststrasse. Zważywszy, że Pest, to po niemiecku dżuma, trudno ukryć podziw dla kreatywności okupanta. Mając wybór między dżumą a cholerą, postawili po prostu na to pierwsze…  
W tym miejscu istotnie był cmentarz choleryczny. Po klęsce powstania listopadowego w czerwcu 1831 r. przebywały w Płocku oddziały carskiej jazdy, które przywiozły ze sobą tę chorobę.
Warto podkreślić ogrom pracy edytorskiej przy liczącym blisko 400 stron, albumowym wydawnictwie. Autor większość informacji merytorycznych przekazuje w nowoczesny, graficzny sposób. Do każdej ulicy dołączone są wzory tablic w historycznym ujęciu (począwszy od aktualnie obowiązującej), numery dróg, liczba osób zameldowanych na danej ulicy (wg stanu na dzień 2015 czerwca), numery dróg. Czytelnik dowie się też kim byli patroni ulic, zarówno historyczni, jak i obecni, pozna wydarzenia, czy organizacje związane z nazwą ulicy. Wszystko jest uporządkowane w osobnych boxach, pozwala na lekturę w sposób, jaki czytelnika aktualnie interesuje. Jeśli do tego dodamy fragmenty historycznych planów; w tym trzech dla Płocka najważniejszych pruskich planów regulacyjnych: Gӧpnera, Schonwalda i Schmida, skany uchwał, archiwalia, fotografie przedwojenne  i obecne, mamy dzieło prawie idealne.
Płocczanom, świadkom historii i pokoleniom, które po nas przyjdą – dedykuje swoja pracę Piotr Gryszpanowicz. Niech tak zostanie.

Zapraszamy do Czytelni i wypożyczalni po niepowtarzalną podróż po Płocku.

Milena


Piotr Gryszpanowicz, Leksykon nazw płockich ulic, Towarzystwo Naukowe Płockie, Płock 2016

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Łaskun. Trzy w jednym


W szóstej serii sagi o policjantach Lipowa wszystko staje na głowie. Nawet pentagram. Wyryty na ciele jednej z ofiar, okazuje się być tzw. białym pentagramem, innym od tradycyjnego, używanego przez czcicieli szatana.
Ekscentryczna komisarz Klementyna Kopp po opuszczeniu szpitala psychiatrycznego samowolnie włącza się do śledztwa jako cywil, a aspirant Daniel Podgórski jest podejrzanym. Ot, Hannibal Lecter z Lipowa. Oprócz znanych postaci pojawiają się nowi bohaterowie.
Puzyńska jest mistrzem klimatycznej narracji. Cała powieść jest odrealniona, główne postacie dramatu wzięły się jakby nie z tego świata, bo takie nagromadzenie złych emocji na metr kwadratowy w życiu rzeczywistym nie występuje. A jeśli się już zdarzy – świetna scena w sali widzeń w zakładzie karnym, gęsta od potu i żądzy zemsty - to zostaje szybko i dosłownie zakończone. Mąż i morderca dzień czy dwa później ginie zakatowany przez współwięźniów.
Tymczasem  w wiodącej części Łaskuna fatum czai się w rodzinach od pokoleń. Kazirodcze związki, traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, pedofilia… Lista może być długa, w końcu Puzyńska jest psychologiem i bez trudu sięga do zasobów swojej uniwersyteckiej wiedzy, gdzie np. psychoanaliza musi zajmować ważne miejsce.
Doskonały jest portret dr. Doriana Witkowskiego, o osobowości równie kolorowej, jak noszone ubrania, psychiatry, który w stosunkach z jedną z pacjentek posunął się o krok za daleko. Kiedy pisarz wprowadza takie barwne epizodyczne postaci zawsze mam ważenie, ze w krzywym zwierciadle portretuje kogoś sobie i otoczeniu znanego…
Centrum świata przedstawionego jest Gwiazdozbiór – klub ze striptizem, a rzeczywistości punkt przerzutu narkotyków. Policjanci bawią się tam w najlepsze i nie wnikają w sutenerską działalność właścicieli. O drugiej teoretycznie nie wiedzą. To właśnie w samym klubie i we wszystkich wątkach najbliżej  niego dzieją się  najlepsze sceny.
Natomiast wątki psychologiczne, bezpośrednio związane ze zbrodnią demonstrują siłę uczuć, zazdrości i zemsty przede wszystkim, ale przynależą jakby do innego porządku. To mniej więcej tak, jakby w podrzędnym burdelu na krańcu świata –Gwiazdozbiorze, podawano najdroższą na świecie kawę kopi luwak, odzyskiwaną z odchodów tytułowego łaskuna. Wspomina o niej komisarz Cybulski, więc może tak miało być.
Powieść liczy 826 str. Dla mnie trochę za dużo. Od ok. 500. akcja jakby siadała. Wcześniej powieść czyta się z wypiekami na twarzy.
Podobno nie ma tekstu, który nie zyskałby na skróceniu. Ta prawda dotyczy też Puzyńskiej. Myślę, że odjęcie paru stron (głównie z wynurzeń pierwszoosobowych) nie odjęłoby książce tempa.
Na koniec może zawiązanie akcji – Weronika, była kobieta Podgórskiego i sklepikarka Wiera znajdują makabryczną instalację z ludzkich zwłok: lalkę z głową mężczyzny w rudej peruce i korpusem kobiety, nakrytą białą sukienka stylizowaną na lata 20-te. XX w. Facet jest emerytowanym sędzią, a kobieta… prostytutką o pseudonimie Marilyn z Gwiazdozbioru. Jak zidentyfikowano tułów…? Proponuję przeczytać samemu.

Milena

Katarzyna Puzyńska, Łaskun, Prószyński i S-ka,  Warszawa 2016

piątek, 29 kwietnia 2016

Wody (S)krwią płynące



„Cudze chwalicie, swojego nie znacie”. Przysłowie tyleż oklepane, co prawdziwe. Niedawno ukazała się książka o Skrwie prawobrzeżnej, autorstwa Arkadiusza Kozaneckiego, wielkiego pasjonata turystyki rowerowej, spływów kajakowych, na co dzień nauczyciela WF-u.  Jest to gawęda o zasilającej Wisłę rzece, którą płocczanie mają w zasięgu ręki, oparta o źródła historyczne i – co najważniejsze – rozmowy z mieszkańcami nadrzecznych miejscowości. Autor pisze o Skrwie prawobrzeżnej, ilustrując teksty fotografiami (zdjęcia obiektów na rzece wykonano z kajaka), jak i fragmentami map (współczesnych i historycznych).
Według legendy nazwa rzeki pochodzi od wód skrwawionych w czasie bitwy między żądnym sławy cześnikiem Miecławem, a wojskami Kazimierza Odnowiciela. Bitwa rozpoczęła się w Winiarach koło Płocka, a zakończyła w Parzeniu nad rzeką, nazwaną później Skrwą.
Wartki nurt od dawna był  wykorzystywany np. przez budowę młynów wodnych. Autor jest zafascynowany tym, jak woda meandrującej rzeki mogła karmić człowieka.  W 1554 na Skrwie i jej dopływach wg źródeł pisanych były 34 obiekty młyńskie. Jeden młyn mógł mieć dwa lub trzy koła, a tym samym oprócz przemiału zboża działały: olejarnie, kaszarnie itp. Część młynów, np. obiekt w Borowie, odkrywa swe tajemnice dopiero przy niskim stanie wód. Skrwa, jeśli chce, odsłania wtedy pale wbite w dno.
Do innych ciekawostek należy wieś Huta koło Stopina, faktycznie istniały w niej dwie huty: do wytapiania żelaza i huta szkła. Do upadku obydwu przyczynił się potop szwedzki, choć przy odrobinie szczęścia do dziś można znaleźć w okolicy odrobinę szkliwionych kamieni i kawałki butelek. Warto spróbować!
Osobliwą postacią na naszym szlaku nadrzecznych wsi była Eleonora Dulska właścicielka młyna w Budach Bledzewskich, która, wraz ze zmianą miejsca zamieszkania, w każdym z nich fundowała kapliczkę, najczęściej krzyż.
We wsi Choczeń z kolei warto obejrzeć starą, drewnianą figurkę św. Jana Nepomucena, biskupa praskiego, przechowaną przez dziedzica folwarku podczas II wojny światowej. Charakterystyczne „nepomuki” stawiano zwykle na terenach zalewowych, gdyż święty miał strzec m.in. przed powodzią. Podobna, choć murowana, jest przy ul. Harcerskiej w Imielnicy w Płocku

Autor zaprasza też do Brudzeńskiego Parku Krajobrazowego. Oprócz zjawiskowych przykładów fauny i flory można odwiedzić wczesnośredniowieczne grodziska w Brudzeniu, czy w Parzeniu. W Lasach Józefowskich zainteresowanie wzbudzi karawaka, stojąca na dawnym cmentarzu cholerycznym. Karawaka to krzyż dwuramienny, zwykle z krótszym ramieniem górnym, którego zadaniem jest ochrona przed zarazą.
Wreszcie majątek i dwór Sikórz, wzniesiony w 1850 r. przez Eugeniusza i Joannę Piwnickich. Urodę okolicy doceniali wybitni artyści XX-lecia międzywojennego. Stałym gościem Piwnickich był Julian Tuwim, który 15 km od Płocka napisał „Bal w operze”, czy Tadeusz Dołęga-Mostowicz. W Sikorzu powstał jego „Profesor Wilczur”. Inspiracji do tytułowej postaci dostarczył jakoby znany od pokoleń w okolicy znachor Różycki z pobliskich Radotek. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że przedwojenny film „Profesor Wilczur” kręcono częściowo właśnie w Małych Radotkach. Dziś po pokazanym w filmie młynie pozostały jedynie jazy.
U ujścia Skrwy na uwagę zasługuje wieś Murzynowo. O monografii poświęconej wsi autorstwa jej mieszkańca, antropologa, prof. Jacka Olędzkiego już pisaliśmy (zob.>>) więc teraz jedynie przypomnienie. Nasz region zawdzięcza tej mało znanej miejscowości bardzo dużo. Do najbardziej znanych mieszkańców wsi należał Stanisław Murzynowski herbu Ogończyk (1526 – lub 1528-1553). Ten wybitny młodzieniec o wykształceniu humanistycznym znał grekę, łacinę, hebrajski i był pierwszym autorem ortografii języka polskiego. W Murzynowie kręcono też niektóre sekwencje kultowego filmu „Rejs”.
Nadchodzi sezon weekendowego i urlopowego wypoczynku „pod chmurką”. - Skrwa jest rajem dla kajakarzy – pisze Arkadiusz Kozanecki. - Znajdują się na niej setki zakrętów, dziesiątki powalonych drzew niedających się wyminąć oraz jary opadające bezpośrednio w jej toń. Nurt na przemian bystry i leniwy pozwala na chwile wytchnienia, by po chwili „chwycić za wiosło i obrać prawidłowy kurs”. 
Uwaga! Nie jest to rzeka dla początkujących kajakarzy, bywa zdradliwa i nieprzewidywalna. Lepiej płynąć w grupie. Autor poleca najpopularniejszy szlak: Parzeń – Cierszewo – Murzynowo, choć i tam w jednym roku na pierwszym odcinku były cztery „przenoski”, a za rok już osiem.
Nie mniej jednak – życzymy miłego pływania i zwiedzania.

Arkadiusz Kozanecki, Z nurtem rzeki Skrwy, Wydawnictwo Korepetytor, Płock 2015


Milena