czwartek, 21 stycznia 2016

Noc styczniowa


Jesteśmy na Płockiej Ziemi. Ty pytasz: Powstanie Styczniowe? Słyszysz w odpowiedzi: Zygmunt Padlewski. Nieliczni dodadzą naczelnik powstańczy, został rozstrzelany w Płocku. W monografiach czy większych pozycjach o powstaniu z 1863 r. nasz Generał jest wprawdzie doceniany, ale przedstawiany raczej jako jeden z wielu dowódców. Tymczasem w kraju rozpoczęła się krwawa walka, otwierająca okres piętnastomiesięcznych zapasów o wolność i lud - pisze Grabiec.
Płock istotnie miał być jednym ze znaczących miejsc na powstańczej mapie. Aby się o tym przekonać wystarczy choćby przyjść do regionalnego działu Czytelni Głównej przy ul. Kościuszki 6, gdzie aż 41 pozycji dotyczy powstania, nie licząc artykułów w prasie. Oczywiście zwykle nie są to lektury lekkie, łatwe i przyjemne.

Jedną z bardziej interesujących pozycji jest reprint wydawnictwa z 1913 roku: J. Grabiec Rok 1863. W pięćdziesiąta rocznicę. Pod tym pseudonimem pisał Józef Dąbrowski, pułkownik wojska polskiego, prawnik, społecznik, działacz XX-lecia międzywojennego. Jednym z najważniejszych powodów wyboru jest fakt, iż ta książka o powstaniu ukazała się jeszcze w Polsce pod zaborami. Autor przykłada dużą wagę do faktów historycznych, ale jednocześnie przywołuje obraz martyrologii Polaków. Ponad 100 lat później podzwania myśl stawiana często przy refleksji o powstaniu warszawskim: czy było warto?
Mijały północ i cisza posępna wciąż panowała w mieście… Koło godziny i na koniec rozległ się jękliwy dzwon z wieży starożytnego Tumu i długo sam jeden brzmiał w ciszy nocnej… Wreszcie odezwały się dzwony w innych kościołach i powstańcy z różnych stron wpadli na ulice miasta, kierując się ku odwachowi i koszarom… Niestety – pisze historyk o wybuchu powstania w Płocku - okazało się, że Kozacy byli doskonale przygotowani.

Zaletą książki J. Grabca jest profesjonalne wydanie i bogata ikonografia, zarówno barwna, jak i czarno-biała, m.in. znana rycina z rozstrzelania Z. Padlewskiego w Płocku i fotografie wielu powstańczych dowódców. Na uwagę zasługują obszerne fotografie winiet prasy powstańczej. Nie wiedziałam, że wydawano w latach 1861-1864 aż tyle „bibuły”. „Dziennik Narodowy”, „Partyzant”, „Powstaniec”, „Dzwon Duchowny”. W Płocku własnego tytułu nie było, ale zapewne kolportaż tak ważnego punktu na powstańczej mapie nie omijał. Podziemnych roznosicieli prasy z owych lat nazywano „galopenami”, a zamiast plecaka były konwie na mleko i łodzie. „Gdy tak siedzimy nad bimbrem/Ojczyzna nam umiera/Gniją w celach koledzy/Wolno się kręci powielacz/Drukujemy ulotki/O tym, że jeszcze żyjemy/Grozi nam za to wyrok/Dziesięciu lat więzienia…” – śpiewał Przemysław Gintrowski w stanie wojennym. Dziennikarze z 1863 r. zapewne zapłaciliby nie więzieniem, a głową lub wywózką na Sybir. (Dane o kolportażu za: Jarosław Szarek, Powstanie Styczniowe, Kraków 2013)
Polecam Rok 1863, nie tylko historykom.  


J. Grabiec, Rok 1863, Poznań 2014 (reprint wydania z 1913 r)

                                                                                                 Milena

piątek, 15 stycznia 2016

Polskie dzieci-kwiaty




Tylko w Czytelni Głównej przy ul. Kościuszki 6 można wypożyczyć niezwykłą książkę Kamila Sipowicza (prywatnie męża Kory Jackowskiej, charyzmatycznej wokalistki „Maanamu”) Hipisi PRL-u. Nie jest typową nowością, bo na rynku ukazała się w 2008 roku, ale – paradoksalnie – te siedem lat nadało jej specyficznej literackiej patyny. Książka ma charakter dokumentalny i dlatego można ją przekartkować, obejrzeć fotografie z hipisowskich zlotów np. w Częstochowie, Ożarowie, Mielnie czy kultowego mieszkania na Cyganeczki w Warszawie, poczytać skany oryginalnych donosów z materiałów IPN-u. Wejść w klimat ruchu, z którego wyrosło wielu zacnych ludzi polskiej psychologii, nauki, kultury, literatury. Część z nich zostało w Polsce, część, niestety, swoim talentem służy na emigracji. Nie wiedziałam, ze hipisowskie epizody mieli pisarz Andrzej Stasiuk, założyciel „Perfectu” Zbigniew Hołdys o wdzięcznej ksywie Serduszko, psycholog Wojciech Eichelberger, twórca teatru Gardzienice Włodzimierz Staniewski.
Niektórzy już zostali w wolnym świecie. Poszli na skróty, przedawkowując narkotyki. W Polsce na co dzień mniej wyszukane. Tri czyli klej, kompot, morfina, rzadziej LSD. Instant Karma czyli „oświecenie w proszku”, jak śpiewał John Lennon to droga na skróty. Natomiast to nie narkotyki były istotą hipisowskiego ruchu, jedynie marginesem. W Ameryce można było buntować się przeciwko wojnie w Wietnamie i konsumpcjonizmowi, a w Polsce co najwyżej siermiężnym propozycjom PRL-u. Istotą była wspólnota i przeciwstawianie się systemowi, który z butami właził w każdą sferę życia.
Autor książki ocenia, że w Polsce ruch hipisowski, mimo że około 1974 roku liczył 20 tysięcy osób nie przeniknął do głównego nurtu kultury, tak jak stało się w Stanach i Wielkiej Brytanii, ale stał się początkiem nieodwracalnych zmian w kraju. Jeden z rozmówców mówi, że jego skutkiem była m.in. „Solidarność”.
Dobrze, że pada to zdanie, gdyż nie jest to epitafium. Ja powiedziałabym, że apologia ruchu hipisowskiego. Mimo szczerej prawdy i opowieści o różnych losach i pomysłach. Sipowicz rozmawia z kultowymi hipisami polskimi: Prorok (Józef Pyrz); obecnie na emigracji, ojciec czwórki dzieci, znany rzeźbiarz, Pies (Ryszard Terlecki), Dziki (Janusz Sławomirski), Tutek (Marek Garztecki), Organista (Tadeusz Konador), Słoń (Jacek Olechowski), Kora – jedyna kobieta w tym gronie; choć w samej narracji pojawiają się inne, wśród nich, jej przyjaciółka Galia, która popełniła samobójstwo.

Przy Psie (Ryszardzie Terleckim) zatrzymajmy się dłużej. Jest dobrym przykładem tego, jak różnie układa się życie. Kiedy Sipowicz z nim rozmawiał był prezesem krakowskiego oddziału IPN. Obecnie jest szefem klubu parlamentarnego PiS-u w Sejmie RP.  Na przełomie lat 60. i 70. tworzyli podobno bardzo malowniczą parę z Korą. Terlecki wyjaśnia też skąd wziął się jego pseudonim

Kiedyś zatrzymali nas z kolegą na jakiejś komendzie, w czasie autostopu. Milicjant wpisywał do protokołu, że zatrzymani zostali hipisi.
Pyta: A jak to się pisze?
No to my mówimy: hip-pies
A on wtedy: A to pies?
I tak jakoś przylgnęło.

Terlecki zapewnia, że nie zostało w nim nic z hipisa. Może pewien rodzaj wrażliwości, przede wszystkim w kontaktach z innymi ludźmi. Generalnie to była jednak dziecinada.

Z drugiej strony, w cennej współczesnej sondzie o hipisowskim ruchu na początku książki Tomek (15 lat, uczeń gimnazjum) mówi: chcieli wolności, wolnej kultury. Lubili wpadać w ekstazy. Co się z nimi stało, no nie wiem, w pewnym momencie przestało to być modne.
Jak widać, komunistyczna propaganda na długie lata skutecznie dorobiła hipisom gębę społecznych pasożytów i narkomanów. Mieli odwagę głosić miłość, wolność i pokój, choć nie zawsze w mądry sposób. W Ameryce ruch hipisowski dosłownie wybuchł w odpowiedzi na wojnę w Wietnamie. Siedem lat temu Polacy byli tylko w Iraku i Afganistanie. Ciekawe, jaką diagnozę postawiłby Sipowicz przyglądając się dzisiejszej Europie…
Kamil Sipowicz, Hipisi w PRL-u, Baobab, Kraków 2008

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                            Milena