piątek, 4 listopada 2016

Kryminał o miastowych

Łódź jest drugim spośród najszybciej wyludniających się miast w Polsce. Nie zapamiętałam liczb, ale zapamiętałam, jak bardzo mnie to zdziwiło. Metropolia w końcu, magiczna, stolica polskiego włókiennictwa, słowem, ziemia obiecana. Parę miesięcy później tę samą zmienną (widać czytałyśmy jednakowy rocznik statystyczny) znalazłam w najnowszej powieści Katarzyny Bondy Lampiony. Czytałam ponad 600-stronicową książkę później, już po spotkaniu autorskim w naszej książnicy. Może i dobrze, bo mam optykę wyłącznie czytelniczą, bez wysłuchania tajemnic warsztatu.

W każdym razie Bonda jednym haustem przeniosła akcję z Hajnówki w Okularniku do centralnej Polski, do Łodzi. Zostawiła za sobą przeszłość i traumę ze strzelaniny w Białowieży; szefowie dali jej nową szansę i przydzielili do zespołu poszukującego sprawcy/ów podpaleń w Łodzi. Co było dalej, nie powiem, w każdym razie mamy w Lampionach bogaty zestaw bohaterów i wątków: czyściciele kamienic, wzgardzona miłość, modne teraz szaleństwo i wreszcie państwo islamskie. Prawdziwe miasto grzechu. Do tego skarb potomków Abrahama. Czasem od natłoku postaci głównych i epizodycznych mózg płonie jak legendarne żydowskie diamenty.

Zresztą może o to chodziło, skoro tłem kryminalnej intrygi jest ogień „od którego wszystko się zaczyna i którym wszystko zwykliśmy kończyć”, jak mówi Woland w Mistrzu i Małgorzacie Bułhakowa. Bonda tez dużo się nauczyła od światowej literatury; czerpiąc z niej choćby cytaty do poszczególnych rozdziałów, a także sprawdzone sylwetki piromanów, przydatne w profilowaniu. W tej powieści, jak sądzę, mogła w sposób wyjątkowy wykorzystać wykształcenie dziennikarskie. Na marginesie perypetii bohaterów czasem w leniwej narracji, a czasem w zawrotnym tempie biegnie znakomity reportaż o Łodzi, jej obdrapanych tynkach i marazmie z jednej i ludziach, którzy oddaliby za nią życie z drugiej strony. „Łódź jeszcze się nie obudziła. Po pustych ulicach wiatr niósł kawałki papieru czy folii. Poza odgłosami leniwie ruszających tramwajów i gwiżdżącym wiatrem panowała wszechobecna cisza. Drzewa ogołocone z liści. Szczerbate kamienice.” Bonda używa miejskiego slangu, bywa w najbardziej syfiastych miejscach bez jednorazowych rękawiczek. Z daleka czuć dziennikarstwem. I jeszcze, dla równowagi opis Łodzi dojrzałej, pięknej, dla której warto stracić głowę. Sasza z okna najwyższego budynku w mieście ogląda „jak Łódź lśniła feerią świateł. Setki roziskrzonych lampionów migotały, poruszały się jak rozwibrowane owady. Załuska zmrużyła oczy i pomyślała, że dla tego widoku samobójcy wspinają się na samą górę u schyłku nocy. Dla tych błysków, gejzerów, iluzji ciepła.”  Piękne, dojrzałe i niemal socjologiczne opisy miasta. Ciekawa jestem, jak odbierają tę książkę mieszkańcy miasta, które Bonda wybrała na bliskie doskonałości miejsce akcji Lampionów?

Dlaczego w tej materii Płock jest traktowany po macoszemu?  
Milena


Katarzyna Bonda, Lampiony, Wydawnictwo MUZA S.A. 2016