poniedziałek, 25 maja 2015

Rozmowy z kotem


Baśnie dla dzieci i dla dorosłych to zbiór trzech opowieści, których bohaterowie: Złoty Ptak, Waleczny Groszek i Indianka o imieniu Leśny Dzwonek muszą dokonać wyborów, które zadecydują  o ich dalszym losie.
Baśnie opowiadają o odwadze i przeznaczeniu, które zdarza się, gdy słuchamy swojego serca i podążamy ścieżką marzeń. Przygody bohaterów przeplatane są dialogami autorki z bardzo mądrym kotem Krzysiem Kolumbem.
Książka zawiera również wskazówki dietetyczne, m. in. wykaz najzdrowszych warzyw i owoców oraz ich właściwości odżywczych ponieważ zdrowe odżywianie jest częścią szczęśliwego życia.
Dorośli czytelnicy znający cykl Beaty Pawlikowskiej W dżungli podświadomości odkryją w książce baśniową wersję Kursu szczęścia dla swoich dzieci z przystępnym przesłaniem filozoficznym, ekologicznym i prozdrowotnym, a dla siebie powrót do świata dziecięcej wyobraźni i receptę na to, jak uczynić świat lepszym, zaczynając od siebie.
Dodatkowym atutem książki, który z pewnością przyciągnie młodych czytelników są piękne ilustracje – akwarele wykonane przez Ryszarda Dąbrowskiego, dawnego wychowawcę i nauczyciela plastyki Beaty Pawlikowskiej.
Mądra książka. Polecam wszystkim, a szczególnie miłośnikom „czarnych parasoli”, którzy przestali wierzyć w magiczną moc uśmiechniętego myślenia.

Beata Pawlikowska, Baśnie dla dzieci i dla dorosłych, Warszawa 2013 

                                                                                                                                  Ola

środa, 20 maja 2015




Małe piwko z korzeniami

Mistrzostwa nie zdobędzie ten, kto wprzódy nie osiągnie sztuki i życia krańców - tę myśl Michała Anioła jako jedną z wielu zapisał w swoim kultowym czarnym notesie Zdzisław Maklakiewicz, polski aktor teatralny i filmowy, performer, muzyk.
Chciał zapewne dotknąć laurów, ale zdaniem pierworodnej córki aktora Marty, nie było mu to pisane, ani zawodowo, ani prywatnie. Zwłaszcza prywatnie. Ale nie od dziś wiadomo, że cel jest niczym, ruch jest wszystkim.
„Maklak oczami córki” to do bólu szczera opowieść Marty Maklakiewicz o ojcu, którego tak naprawdę nie poznała. Bardzo krótko był w związku z jej matką, młodszą o cztery lata aktorką, malarką i poetką, Renatą z domu Firek. Za fikcję małżeństwa córka aktora obwinia matkę Maklakiewicza, czyli babcię Cesię, która przeżyła syna o cztery lata. Mieszkali razem, teściowa wtrącała się do wszystkiego,  młody małżonek świetnie wpasował się w ten wygodny układ. Matka Marty nie umiała piec tak dobrych naleśników ani prasować koszul. Utalentowana absolwentka ASP nie była do tego stworzona. I tak małżeństwo rozbiło się o drobiazgi, a Marta wychowywała się u dziadków Firków. Opisy relacji panujących u Maklakiewiczów to opera mydlana, ale nie ma powodu, aby nie ufać córce, która na innych stronach podkreśla szacunek, jakim matka darzyła ojca przez całe życie.
Zdzisław Maklakiewicz tylko czasami przypominał sobie, że ma córkę. Czasem brał ją na spacery po warszawskich knajpach, czasem dawał pieniądze, czasem sterował życiem z drugiego planu. Najbardziej wtedy, kiedy uniemożliwił zdanie egzaminów do szkoły aktorskiej. Nie dostała się, bo teoretycznie była za wysoka. Praktycznie, bo interweniował ojciec.  Maklakiewicz najlepiej znał blaski i cienie bycia komediantem i uznał, że jego córka nigdy nie będzie aktorką. Marta to przebolała, choć na początku było trudno. Skończyła bez trudu prawo na UW i za radą ojca wyjechała do USA. Potem trafiła tam też mama Renata, która za wielka wodą znalazła jedynie śmierć pod kołami rozpędzonego auta. Marta Maklakiewicz pisze z rozgoryczeniem, ze  sprawca nie poniósł nawet należytej kary za zabicie imigrantki z Polski. Obecnie, kiedy już autorka książki wróciła do kraju, jej kancelaria pomaga takim, zagubionym w prawie międzynarodowym, osobom.
W tych wzruszających wspomnieniach z każdym słowem córka ocala pamięć ojca, nie jako jednej z części nierozłącznej PRL-owskiej pary Maklakiewicz-Himilsbach (w której nie wiadomo już dziś, gdzie awers, a gdzie rewers), nie inżyniera Mamonia nawet, a bardziej świetnej epizodycznej postaci nauczyciela tańca z „Polskich dróg”...
Tańcz mnie po miłości kres.
Wato sięgnąć po ten nietuzinkowy portret prywatny znanego aktora.

Marta Maklakiewicz, Maklak oczami córki, Warszawa 2015

Milena


środa, 13 maja 2015



Kac jak menopauza

Stefan Kołtun, dojrzały wiekiem, acz tu i ówdzie pamiętany rockman, na gigantycznym kacu odbywa metaforyczną odyseję po Warszawie  w poszukiwaniu portfela komórki i innych gadżetów, a przede wszystkim… kieliszka alkoholu, który pozwoli mu powrócić do świata żywych.  Typowa powieść z nurtu pijackich wynurzeń, z półki (przepraszam wielbicieli) „Pod wulkanem” Malcolma Lowry, „Pętli” Hłaski czy „Pod Mocnym Aniołem” Pilcha. Otóż niewątpliwie z tej samej półki, ale nietypowa.
Tytułowa masakra, to nie tylko opis fizycznych skutków cielesności pokonanej przez nałóg.  Dosłowny, przewierca człowieka na wylot.  – Stefan  dźwignął swój spocony tłusty zad, ale nie poszło za tym uniesienie reszty ciała, bo zabrakło mu sił, więc wylądował z twarzą na podłodze i wypiętym pupskiem sporych rozmiarów, jakby miał je oddać biernie do seksu analnego.  (…) Dopiero kiedy sprężył się resztką sił, zdołał z dużym wysiłkiem stanąć na czworakach, jak wielki rozdygotany pies rasy ludzkiej. - I tak dalej w tym duchu.
Książka ocieka wydzielinami, ekskrementami, aforyzmami w stylu „Rzyganie też jest sztuką.”  Najlepiej znają się na tym taksówkarze warszawscy, bo w końcu na tym polega demokracja, o którą walczyliśmy, że wolno rzygać w taksówce, ale nie wolno rzygać za darmo, jak zauważa jeden z nich. Kurs z usługą kosztuje dodatkowo 500 zł za pranie tapicerki.
Jednym z przewodników naszego bohatera jest znany warszawski patomorfolog, który robił sekcje różnych znanych postaci w tym, o zgrozo, m.in. Andrzeja Leppera, a przy tym ma osobliwe hobby: uwielbia kroić młode i piękne samobójczynie.  Warszawka mówi, że wcześniej z nimi… Aż nie przystoi mi napisać o podejrzeniach warszawki na temat doktora i kobiecych zwłok. Poprzestańmy na  innym hobby doktora: zamianie organów u trupów np. oczu seryjnych morderców z wątrobą dziewicy. Poza tym standard koneser alkoholi i dobrej muzyki.
To konwencja  pierwszoosobowej narracji Krzysztofa Vargi. Próbka zaledwie możliwości i kreatywności. Poloniści powiedzieliby, że to konwencja turpistyczna, nasycona  wulgaryzmami. Co z tego, skoro to książka bez zbędnego słowa.
Tak naprawdę tytułowa masakra to metafora kondycji narodu, a w zasadzie zmarnowanej szansy pokolenia lat 60-tych, które nie załapało się na benefity nowej Polski po 1990 r. Nowa lost generation. Odważny ruch Krzysztofa Vargi. Takim językiem nikt jeszcze o nas nie mówił.

- Masakra z tym narodem, Stefan, czeka nas jeszcze bardzo dużo pracy u podstaw, niestety – podsumowuje ten aspekt jedna z postaci.

Krzysztof Varga: Masakra
Warszawa 2015

Milena