sobota, 25 marca 2017

Szkieły z Poznania



Jak to się stało, że jeszcze nie pisałam o żadnym z tzw. neomilicyjnych kryminałów Ryszarda Ćwirleja? Ano tak się jakoś złożyło. Natomiast ze wszech miar zasługują na prezentację.
Weźmy Śliski interes. Akcja dzieje się w 1983 roku, a więc dwa lata po wprowadzenia stanu wojennego. SB to nadal państwo w państwie, ale nie kochane przez prawdziwych milicjantów. W ogóle policja polityczna odgrywa w tej serii rolę Złego, śmieszy, tumani, przestrasza. W stanie wojennym MO Ćwirleja z niechęcią staje po stronie władzy ludowej. W ogóle autor to rocznik ’68, więc z czasów PRL dużo pamięta, zapewne nosił buty Relax, dżinsy Odra, bo wranglery były mrocznym obiektem pożądania. Popalał (jeśli!) klubowe albo popularne i takie różne rzeczy, o których dzisiejsze nastolatki nie maja pojęcia. Ba, może nawet przeglądał Kapitana Żbika, a może podkradał ojcu zeszyty kryminalne Ewa wzywa O7. Ja podkradałam. Najbardziej lubiłam, gdy na okładce było nadrukowane: Jerzy Edigey. Zapewne wszystko razem, bo o większości z tych gadżetów jest mowa w jego kryminałach. Nieraz wprost. W Śliskim interesie podobnie.
Ciekawi mnie tylko, czy ktoś z młodszych autorów mógłby z takim realizmem sięgnąć do PRL-u i opisywać tęsknotę za kiełbasą „Śląską”, odróżnić dobry bimberek od ochrzczonej wódki I wychwalać cinkciarzy pod Pewexami. Jak zwykle szczegółów zdradzać nie będę, bo co to za kryminał, gdzie wszyscy wiedzą, co to był za trup.
W smutnej PRL-owskiej rzeczywistości na kartach książki jest szaro, brudno i zimno, rzecz dzieje się przed wyjątkowo mroźnym i śnieżnym Bożym Narodzeniem. Do tego śmierdzi nieświeżym karpiem i szczynami w bramach. Rzeczywistość, jak błysk flesza, rozświetlają czerwone majtki ekspedientki sklepu mięsnego i lampy milicyjnych techników. Spośród milicjantów wyróżnia się chorąży Teofil Olkiewicz, prosty jak drut, ale sprytny i obdarzony szczęściem funkcjonariusz Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, zresztą pisze o tym Olaf Lubaszenko na okładce książki i trudno się z tym nie zgodzić. To Olkiewicz jest numerem jeden w tej części serii.
Partner i kolega Olkiewicza, podporucznik Mirek Brodziak, choć to wokół niego wiąże się kryminalna intryga, jest nieco skryty w cieniu rubasznego chorążego. Podobnie jak tajemnicza postać cinkciarza z półświatka Grubego Rycha.
W powieści wszyscy piją. O każdej godzinie w milicyjnych konsumach (tak, młodzieży, były takie specjalne knajpy dla resortu, w Płocku też) bywa wódka i inne wyroby monopolowe. Ćwirlej zgrabnie opisuje jak obejść słynny ówczesny zakaz picia alkoholu do 13.00. Otóż podawano go w butelkach po oranżadzie lub… dolewano do herbaty. Olkiewicz doszedł w tym do perfekcji, zresztą bez alkoholu w żyłach nie był w stanie pracować. Niczym raj jawi się Olkiewiczowi fabryka Polmosu, gdzie w rzędach sunących po taśmie butelek płynie sama krynica mądrości.
Ćwirlej świetnie radzi sobie z prowadzeniem dwóch równoległych wątków, powieść doskonale się czyta, autor obraca się w świecie cinkciarskich porachunków tak, jakby sam stał w młodości pod Peweksem. To rasowy kryminał o pełnokrwistych policjantach: porywczym młodym Brodziaku, nieco ociężałym Olkiewiczu i ich przełożonych z KWP, niejasnych układach i małych grzeszkach z przeszłości. Udana mieszanka przyprawiona PRL-em, który już powoli zaczynał chylić się ku upadkowi.
Warto zwrócić uwagę na cenny poznański żargon (w którymś z tomów był nawet słownik). Z czystym sumieniem mogę polecić serię kryminalnych opowieści o… szkiełach z Poznania.


Milena


Ryszard Ćwirlej, Śliski interes, Warszawa2016

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz